reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

     

    Idzie, idzie nowy rok…

    …oczywiście, jasne, wiem. Już dawno przyszedł i powoli staje się jeśli nie starym, to z pewnością „normalnym” rokiem. Czyli takim, w którym już nie trzeba składać noworocznych życzeń czy też obietnic.

    A ja jakbym zastygła jeszcze w czasie przedświątecznym, i chyba rzeczywiście tak jest… Ale dobrze że już po świętach. Dobrze, że po Sylwestrze, po Nowym Roku, a nawet po Trzech Królach. Wraca normalność. Oby normalność  2018 była trochę lepsza niż normalność ubiegłoroczna 2017.

    Może dzisiejszym wpisem zacznę lepszą normalność tegoroczną?

    Bo zapraszam na dzisiejszy wernisaż wystawy Krysi Pierszkały, która pokaże swoje grafiki i akwarele. Będzie to się działo w Spółdzielczym Domu Kultury „Dziewiątka”, czyli na starym ZWMie, za Tesco, dawną Sawią. Rozpoczyna się o godz.18.00. Ładnie się wystawa nazywa: „Zakamarki wyobraźni”. Ale też malarsko-plastyczno-kolorystyczna wyobraźnia Krystyny jest wielka, głęboka, niezmierzona, zaskakująca i fascynująca.

    Więc trzeba być na wernisażu. Bo można prace obejrzeć jeszcze później, ale bycie na otwarciu wystawy ma ten plus, że jest też autor, do którego można podejść, pogratulować, spytać, pochwalić i w ogóle. Drugi plus to inni uczestnicy, z którymi też można porozmawiać, wymienić pierwsze czy drugie wrażenia, których można posłuchać. Bywa i trzeci plus, który zależy od osoby otwierającej wystawę. Przy prezentacji autora możemy się z tzw. słowa wstępnego dowiedzieć się ciekawych nieraz i nam nieznanych informacji o artyście, jego dziele czy czegoś w ogóle o malarstwie, co też bywa pasjonujące. Czwarty plus pojawia się czasami, choć rzadko, to dodatki w postaci występów jakichś muzyków, śpiewaków, chórów czy aktorów bądź teatrów. To taki dodatek, niekonieczny, ale może być ciekawy.

    A zatem – trzeba tam być koniecznie

     

     

    Idą, idą święta!

     

    No i święta… po przygotowaniach będzie trochę odpoczynku.

    Życzę więc Wam, moi Drodzy i Kochani, żeby okres tych kilku świątecznych dni odpoczynku tym właśnie był – odpoczynkiem: spokojnym, ciepłym, przytulnym, słodkim, pachnącym choinkowo-piernikowo czasem… Żeby był czasem spędzonym z sobą i ze swoimi Drogimi i Kochanymi… Żeby był czasem z obudzoną jakąś refleksją może, może z modlitwą, może z jakimś planem na czas poświąteczny …  Albo by był czasem niezapomnianych długo cudownych zapachów, smaków i dźwięków… A także czasem kolorowych bajecznych obrazków – choinkowych, ozdóbkowych, lampkowych, aniołkowych, no i prezentowych…

    Wesołych Świąt!

    O magicznej wizji świata

     

    Portale internetowe znikają, przestają istnieć w dziwnym, niejawnym świecie internetu strony, blogi, platformy, ale istnieje nieprzerwanie magiczna wizja świata, a w niej myślenie metaforyczne. Wciąż istnieje poezja, ciekawe, prawda? Poezja. Ulotne coś, nieuchwytne, niematerialne, a jest, trwa z człowiekiem od wieków!

    Pozwoliłam sobie wykorzystać „magiczną wizję świata” oraz „myślenie metaforyczne”, ponieważ czytam książkę Anny Grzywy zatytułowaną „Magiczna wizja świata”, a w niej jest rozdział pod tytułem „Myślenie metaforyczne”.

    Od pojęć metaforycznych roi się przecież w poezji, a myślenie metaforyczne jest z zasady jakby zaprzeczeniem czy raczej przeciwnym biegunem myślenia logicznego, stechnicyzowanego. Zaprzeczeniem nie, oczywiście, bo wszystkie, że tak powiem, rodzaje myślenia są ważne, potrzebne, dopełniające się; może każde ma inne zadanie, spełnia inną funkcję na innych obszarach, ale nie ma mowy o jakimś wykluczaniu się.

    Więc poezja. Oddaje emocje, myśli w słowach. To jedno. Drugie to to, czy słowo, zwłaszcza pisane, odda – to, co i jak czujemy – tak jak gest? mimika? grymas? spojrzenie? (czyli werbalne kontra niewerbalne). Trzecie to jeszcze to, co i jak dzieje się w głowie poety, czyli jak postrzega on i jak opisuje, czyli w jaki sposób to, co odczuwa, przenosi na słowa, na opis – słowami, zdaniami i …metaforami. To wszystko, a może i więcej, we fragmencie z „Magicznej wizji świata” Anny Grzywy.

     

    Autorka cytuje niemiecką filozof, Hannah Arendt, która uważa, że:

    Pojęciowa mowa metaforyczna jest odpowiednia dla aktywności myślowej, dla operacji umysłu, lecz życie duszy z całą swoją intensywnością znacznie lepiej wyraża się w spojrzeniu, westchnieniu i geście niż mowie [ ... ]. To, co ujawnia się, gdy mówimy o przeżyciu psychicznym, nie jest nigdy tym samym przeżyciem, lecz tym, co myślimy o nim, gdy dokonujemy nad nim refleksji.

    A potem autorka zastanawia się nad fenomenem myślenia metaforycznego, więc i pisania poezji. Czy można tak powiedzieć? Zobaczmy:

    Nadawanie swoim myślom zrozumiałych dla innych osób słów i zdań powoduje, że nie są one już tak spontaniczne jak przeżycie czy myśl, szukamy dla nich form gramatycznych odpowiednich dla języka, w którym chcemy je wypowiedzieć. Jeszcze bardziej sformalizowana jest myśl napisana, musimy odpowiednio pisać litery, znaki przestankowe, stosować reguły ortograficzne. I co zostaje z naszych przeżyć? Wypowiedziane czy napisane są już tylko cieniem tego, co przeżywaliśmy czy nawet myśleliśmy. Ale nie ma wyjścia – jeżeli chcemy się komunikować z innymi, musimy używać słów i zdań.

    W poezji, jak się uważa, są czyste przeżycia, które często są wyrażane jako metafory, ale kiedy czytamy wiersze, to już nie są one samym przeżyciem, samymi uczuciami, bo jeśli zostały już napisane, to zostały opracowane przez formułowanie słów i zdań. Może jest tak, że myśl i mowa czy pismo ciągle się wymieniają, raz myśl czy przeżycie przeważa, kiedy indziej mowa. Może u poetów w chwili pisania wiersza ta wymiana zachodzi nieco inaczej, może myśli czasem uda się wydostać z umysłu i utrwalić, zanim gramatyka, ortografia i czytelność pisma wezmą górę? W pewnych momentach życia każdego człowieka, szczególnie w sytuacjach stresujących, dochodzi do wybuchowego wypowiadania myśli bez ich opracowania, zwłaszcza u osób impulsywnych, albo pod wpływem alkoholu czy narkotyków. Po zmianie sytuacji mogą się dziwić, że tak mówiły. A one tylko wypowiadały swoje myśli bez kontroli i bez refleksji. Gdyby ludzie ciągle wypowiadali swoje myśli bez kontroli, w miarę harmonijne życie społeczne nie byłoby możliwe. Zatem używanie metafor może służyć albo do ukrycia prawdziwych myśli, albo do ujawniania ich w postaci przetworzonej. Hannah Arendt, pisząc o myśleniu, twierdzi, że nasze wrażenia zmysłowe są nieprzekładalne, czyli nie możemy słyszeć obrazu ani widzieć dźwięku. Dzięki myśleniu możemy je przekładać i łączyć, ale nie zmysłowo, lecz rozumowo. Ta przekładalność wrażeń na myśl ma szczególne znaczenie dla używania metafor, w których połączenia i zastępowalność pojęć ciągle się odbywa. Metaforyczność taka ma istotne znaczenie w myśleniu magicznym.

     

    A. Grzywa, „Magiczna wizja świata”, Wyd. Eneteia, Warszawa 2010, s. 44-45.

    Źródło zdjęcia: 
    https://sklep.eneteia.pl/477-thickbox_default/magiczna-wizja-swiata.jpg

    Zamykamy bloga

     

    Takiego meila dostałam od Onetu, jak i wszyscy ci, którzy prowadzili tam bloga.

     

    Więc od kilku dni smutek na blogach, niektórych oczywiście. Trzeba się przenieść. Na portalu Wirtualnemedia.pl artykuł na ten temat i komentarze, z których kilka przytaczam, jako ciekawe, celne, trochę też oddające moje myśli.

    Więc dowiadujemy się z tego artykułu, że:

    Serwis blogowy Blog.pl (należący do Grupy Onet-RAS Polska) z końcem stycznia 2018 roku zostanie zamknięty. – To efekt rosnącej roli mediów społecznościowych, które – jako centrum tworzenia społeczności i wymiany myśli w internecie – przejęły rolę blogów – mówi Wirtualnemedia.pl Paweł Jurek, dyrektor zarządzający segmentem Onet.
    Internauci prowadzący blogi w serwisie Blog.pl zaczęli otrzymywać maile od jego administracji z informacją, że witryna zostanie zamknięta 31 stycznia przyszłego roku. – Do końca stycznia możesz pobrać wszystkie treści ze swojego bloga, tj. posty, zdjęcia, komentarze i przenieść je do swojego komputera lub na inną platformę obsługującą system WordPress – napisano każdemu użytkownikowi. Dlaczego Grupa Onet-RAS Polska zdecydowała się zrezygnować z Blog.pl? – To efekt rosnącej roli mediów społecznościowych, które – jako centrum tworzenia społeczności i wymiany myśli w internecie – przejęły rolę blogów – tłumaczy Paweł Jurek, dyrektor zarządzający segmentem Onet, w odpowiedzi na pytania Wirtualnemedia.pl. – Blogi odegrały ogromną rolę w rozwoju Onetu i polskiego internetu w ostatnich 10-15 latach. Jesteśmy dumni z tego, że mogliśmy być tak ważną częścią życia blogosfery i dziękujemy blogerom, którzy byli przez ten czas z nami – podkreśla. Jurek dodaje, że autorzy najpopularniejszych blogów z Blog.pl otrzymają propozycje współpracy z redakcjami tematycznymi Onetu.

    Blog.pl został uruchomiony w 2000 roku, a Grupa Onet kupiła go w 2007 roku. W serwisie można było prowadzi blogi z wykorzystaniem CMS-u i szablonów graficznych od wydawców. Każdy z blogów funkcjonował w domenie blog.pl. Swoje blogi prowadziły tam również znane osoby, m.in. politycy, artyści i dziennikarze. Osobno przez wiele lat działała sekcja blogowa portalu Onet.pl. Przy czym obecnie Blog.onet.pl tylko odsyła na Blog.pl. Od 2005 do 2015 roku Grupa Onet organizowała również konkurs Blog Roku nagradzających autorów najlepszych blogów w różnych kategoriach tematycznych. W ub. i br. konkurs nie odbył się. W ostatnich latach zarówno Blog.pl, jak i Blog.onet.pl zanotowały duże spadki odwiedzalności. Pierwszy serwis w październiku 2012, 2013 i 2014 miał po 2,3-2,5 mln realnych użytkowników i 23-20 mln odsłon, natomiast w październiku ub.r. – już tylko 7,64 mln, a w październiku br. – 6,57 mln. Jednocześnie zasięg serwisu zmalał z ok. 11 proc. do nieco ponad 8 proc., a średni czas spędzany w nim przez odwiedzającego – z 9-10 minut do 3-4.
    Pytani przez Wirtualnemedia.pl specjaliści z agencji social mediowych zgadzają się z argumentami za rezygnacją z Blog.pl podanymi przez Grupę Onet-RASP. Przemysław Duszczak, PR manager w Get More Social, zwraca uwagę, że obecnie coraz więcej twórców internetowych publikuje we własnych serwisach, oznaczonych ich nazwiskami lub pseudonimami. – Doskonałym przykładem jest tutaj Andrzej Tucholski, który w pewnym momencie zdecydował się na rebranding bloga JestKultura.pl i zaczął publikować pod własną marką. Jak sam później opisywał, była to jedna z lepszych biznesowych decyzji w jego zawodowym życiu – mówi Duszczak. – Prowadzenie samego bloga już nie wystarcza, potrzebna jest również aktywność na wielu kanałach społecznościowych takich, jak: Facebook, Instagram, Snapchat czy Twitter. To właśnie przez te kanały, odbiorcy często dowiadują się o nowych wpisach, które są umieszczane na blogu. Lepiej, jeżeli wszystko prezentowane jest pod jedną marką, co w przypadku portalu treściowego takiego jak Onet.pl, nie jest możliwe – dodaje. – Środowisko influencerskie bardzo się zmieniło w ostatnich latach – potwierdza Justyna Dzieduszycka-Jędrach, dyrektor zarządzający 121 PR. – Kanały społecznościowe, zwłaszcza Instagram i YouTube, ale także Facebook i Twitter, są chętniej wybierane przez osoby chcące się dzielić swoimi spostrzeżeniami i zdjęciami niż platformy typu blog.pl, ponieważ znacznie łatwiej dociera się do odbiorców już obecnych w danym kanale społecznościowym i znacznie łatwiej również odbiorcom te treści się konsumuje, komentuje i udostępnia. Rolę pamiętników, których była znacząca liczba w serwisie blog.pl, przejęły codzienne instagramowe relacje, tweetowanie lub vlogi na YouTube. Z kolei bardziej opiniotwórczy blogerzy lub tacy, którzy piszą dłuższe teksty, budują swoje „dorosłe” serwisy na silnikach typu WordPress itp., umieszczając je na dedykowanych, bardziej profesjonalnie brzmiących domenach – opisuje Dzieduszycka-Jędrach. Maciej Koński, junior account manager w FaceAddicted, ocenia, że w takich warunkach formuła działania Blog.pl wyczerpała się. – Ponad dekadę temu była to wiodąca platforma blogowa, skupiająca wielu czołowych influencerów i przyznająca nawet prestiżowe nagrody Blogera Roku. Rozwój mediów społecznościowych totalnie zmienił zasady gry i wartość Blog.pl z roku na rok spadała. Ostatnimi czasy była to tylko farma darmowych blogów pod zaplecze SEO, influencerzy przenieśli się na swoje serwery, Facebooka, Instagram, Twitter etc. – opisuje Koński. – Platforma Onetu spełniła misję i teraz trzeba dać jej odejść na zasłużoną emeryturę – podsumowuje. Internet Polscy internauci częściej oglądają wideo niż czytają blogi i korzystają z social media, Dropbox popularniejszy od Ubera i Twittera Według Michała Chrościckiego, analyst & strategy plannera w Mint Media, platformy takie jak Blog.pl są obecnie istotne tylko dla początkujących blogerów. – Co za tym idzie – nie generują zbyt dużych zasięgów. Osoby, które osiągają większe zasięgi i publikują regularnie, przechodzą na własne domeny – stwierdza Chrościcki. – Niskie jest też zaangażowanie, gdyż aktywność blogerów i czytelników przenosi się w dużej mierze na media społecznościowe jak Facebook, Instagram czy Youtube. Tym bardziej, że serwisy te pozwalają na ciągły kontakt i większe interakcje z fanami – dodaje ekspert z Mint Media. – Widzą to również przedstawiciele Grupy Onet.pl i dlatego zamknięcie tej platformy jest naturalnym krokiem. Być może, będzie to również okazja dla obecnych influencerów, którzy posiadają na platformie swój blog, do szybszego rozwoju i publikacji treści pod własną marką? Najlepsi na pewno sobie poradzą – prognozuje Przemysław Duszczak.

    To artykuł. A tu komentarze internautów:

    Internauta tak komentuje fakt zamknięcia bloga: Tak się niszczy historię w internecie. Rozumiem zamknięcie blogów, ale czy nie mogłyby one zostać w sieci ze względów historycznych? Ileż to miejsca na serwerach może zajmować tekst i obrazki, w porównaniu z dzisiejszymi wideo w HD i 4K? Co jest warte publikowanie czegokolwiek w Onecie, jeśli za parę lat to zniknie i nie zostanie po tym nawet ślad.

    Pavv podtrzymuje te opinię: Jakaś mania zamykania czegoś czego w sumie nawet karmić nie trzeba i dokładać do interesu też nie.

    Kora pisze: Bez sensu, co ja teraz zrobię z moim blogiem? Nigdy już nie zajrzę do Onetu.

    Kurdupel: Współczuję tym, którzy prowadzili blog regularnie od kilku lat, są znani, lubiani i muszą zaczynać wszystko od zera. Rozumiem, że można przerzucić treść, ale trzeba pamiętać, że należy także zmienić adres strony. Czyli wieloletnia praca poszła w pizdu. Onet chcąc zrezygnować z usługi blog.pl powinien dać możliwość każdemu przenieść swoje dane na własny serwer i dać możliwość podpięcia domeny blog.pl, by nie zmieniał się adres, a tylko serwer. Ale w czasach biznesu nie liczy się jak zakończymy biznes, tylko ile na nim zarobimy. Brutalny kapitalizm. Przyjdzie kiedyś czas, że i Facebook pierdolnie, trzeba tylko czekać.

    A Maciej z Radomia tak komentuje zdanie, że i Facebook padnie, a tym samym to dziwne zjawisko zwane Facebookiem: Czego mu z całego serca życzę! Durny Facebook, przez niego coraz bardziej się marginalizują takie wspaniałe wynalazki jak blogi czy fora dyskusyjne. Ludzie rzucili się bez opamiętania na tego Facebooka jak muchy na g****. Facebook jest bezpłciowy, brzydki, i jak na taką światową skalę działania przerażająco niepraktyczny. Komentarze trzeba ciągle rozwijać, nie można szybko znaleźć archiwalnych wątków itd. Koszmar. I ludzie to łykają… Ale nic mnie już nie dziwi. Skoro masy ludowe chętnie oglądają tandetę w telewizji i słuchają tandetnych stacji radiowych typu RMF FM, to czemu mieliby nie korzystać z Facebooka…
     

    Przyznam, że z Korą to ja się solidaryzuję i fraternizuję! Ja też nie wiem, co mam teraz robić! Zostawić w ogóle? Przejść na jakąś inną platformę? Przenosić wszystko co napisałam? Może zacząć od zera? Nie mam pojęcia!

     

    Adres artykułu:http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/blog-pl-koniec-dzialalnosci-grupa-onet-rasp-to-efekt-rosnacej-roli-mediow-spolecznosciowych

    Autor: tw

     

    Wróciłam właśnie z wystawy obrazów Fridy Kahlo w poznańskim Centrum Kultury Zamek. Duże wydarzenie.

    Zwiedzanie mieliśmy z przewodnikiem i to on, czyli ona, młoda dziewczyna opowiedziała nam różne rzeczy o samej Kahlo, także o jej malarstwie, epoce, ludziach z nią związanych, co było ciekawe. Zresztą ciekawe było jej życie i ona. Kilka kadrów z filmiku o niej pamiętam, gdzie ona pokazuje cały wachlarz postaw i zachowań – upozowana,  swobodna, wyzywająca, poważna. I kolorowa jak ptak. I przede wszystkim  – odważna. Żeby być wybitnym, trzeba być odważnym, to jest najważniejsze. Oczywiście, talent, praca, szczęście, ale do tego odwaga.

    Frida Kahlo była pierwszym wykładowcą na uczelni plastycznej i pierwszym wykładowcą-kobietą!

    Przewodnik opowiedziała też o pierwszej wystawie sztuki meksykańskiej, która odbyła się w Polsce w 1955 r. Był na niej pokazany obraz Kahlo pt. „Zraniony stół”. Wystawa po zakończeniu była przewożona do Związku Radzieckiego i w drodze obraz zniknął, przepadł, nie ma, po prostu rozpłynął się we mgle! Dzisiaj wisi jego czarno-biała kopia, ponieważ jest ciągle na liście dzieł skradzionych i poszukiwanych, natomiast w kącie sali wisi kolorowy obraz pomniejszony, a obok niego skrzynka, do której można wrzucać kartki z informacjami o tym obrazie – anonimowo, jeśli ktoś mający jakąś wiedzę o losach obrazu nie chciałby się ujawniać.

    To taka ciekawostka, to taki mały przykład, dlaczego warto zwiedzać z przewodnikiem; wielu ciekawych historyjek nigdy byśmy nie poznali. Oczywiście ci, którzy wcześniej interesowali się jakoś szczególnej malarką albo wpadli na ślad historii tego obrazu, wiedzą, że to historia nie nowa, lecz znana i komentowana, i wciąż wzbudzająca emocje.

    Kilka tzw. pamiątkowych zdjęć z wyprawy.

    Plakat wystawy, na którym fragment obrazu „Diego Rivera w moich myślach”.

     

    A tu cały „Diego Rivera w moich myślach”, choć zdjęcie zrobiłam raczej ze względu na ramę, hmmm.

     

    Bardzo lubię kolaże, wiecie, prawda? Więc nie mogłam się oprzeć, że go nie sfotografować. To „Kolaż z dwiema muchami”. Technika: kolaż i akwarela na tekturze, z 1953 r.

     

    Plakat wystawy z 1955 roku.

     

    A to „Zraniony stół”. Miniaturka w kolorze obrazu oryginalnego. W tym obrazie jest tyle symboli, tyle odniesień do życia autorki, że jest jakąś tam wiwisekcją malarki. Na środku oczywiście ona sama. Jak na większości obrazów. I powiem tu coś bardzo niepopularnego, oglądając jej obrazy pomyślałam w którymś momencie: och, znowu ona… Cóż, chyba tak silna osobowość, że nie mogła wyjść nie tyle poza swój świat, co poza siebie. Piękne, cudowne obrazy zawsze wokół jednej bohaterki.

     

    Tę wystawę trzeb by obejrzeć kilka razy, wtedy miałoby się pewność, że nic nam nie umknęło. Ja odczuwam wielki niedosyt.

     

    Cóż winne listopady…

    1

     

    Kończy się listopad, uważany chyba za najsmutniejszy miesiąc roku. Jakie to niesprawiedliwe!… Cóż on winien, że taką rolę przypisała mu natura? Taki niefajny pomost między fajną złotą jesienią i fajną białą zimą. A on taki łysy, goły, wilgotny, wietrzny, i w ogóle brrr!  A przecież w listopadzie rodzi się tyle wspaniałych skorpionów, a niektóre z nich to nawet mają w listopadzie imieniny! : – )))))

    No i poeci jakoś niespecjalnie lubią listopady, wystarczy przeczytać te dwa ostatnio zamieszczone u mnie wiersze; ten Broniewskiego jest porażający.

    Listopad ma złą sławę: popatrzmy, jak zaczyna się wiersz Hanny Fołtyn pod tytułem „Czereśnia” – tutaj listopad to po prostu niegodziwiec..

     

    Hanna Fołtyn
     
    Czereśnia
     
    Czereśnia już bez liści,
    listopad zaprosił ją na randkę,
    więc się rozebrała – głupia.
     
    Dobrze wie, że zaraz ją porzuci,
    zostawi samotną
    na długie zimowe noce i mroźnie dni.
    (…)

     

    Dlatego postanowiłam bronić listopada, choć jak tak się w czytam w ten mój wiersz, to momentami przestaję mieć pewność, czy to obrona, czy też raczej potwierdzenie (życzliwe i delikatne, ale jednak…) tej złej opinii o tym miesiącu.

     
    Renata Blicharz
     
    Listopady
     
    Cóż winne listopady
    że szaro że deszcz że chłód
    że cichną drzewa i śmiechy
    a słońce świeci
    jakby bez sensu
     
    przed chwilą odszedł barwny
    przepyszny jesienny cud
    za chwilę zima
     
    czas liczyć grzechy

     

    Namawiam, by kochać listopady. A poza tym, obojętne, jaki miesiąc, jednakowo w każdym – może nam być albo pięknie, albo brzydko.

     

    Źródło zdjęcia: https://w-dog.net/wallpapers/12/5/360033795420987/leaves-piece-sheets-leaf-leaves-drop-drops-machine-spray-metal-wallpapers-desktop-wallpaper-best-wallpapers-desktop-wallpaper-widescreen-widescreen-widescreen-wallpapers-download-wallpapers-about.jpg

     

    Takiego mejlika dostałam. Bez słów, ale z obrazkiem.

    Muszę się pochwalić!

    Bo jak się okazuje …ktoś mnie jeszcze kocha … gdzieś tam w świecie … wirtualnie …bezsłownie …ale serce jest…

     

    No i jak to mówią Chińczycy: jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów!

    No i jak to w życiu: raz hop, raz bęc, raz łup po głowie, raz miód na serce…

    :-) :-) :-)

    Cóż winne listopady?…

    0

     

    Jesienny listopadowy dwugłos poetycki ……….

     

    Władysław Broniewski

     

    Listopady

    Cale życie zrywam się i padam,
    jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi,
    i chwytają mnie złe listopady
    czarnymi palcami gałęzi.

    Ja upiłem się tym tchem, tym szumem,
    niepokojem, który serce zatruł
    to dlatego śpiewać już nie umiem,
    tylko wołam wołaniem wiatru,
     
    to dlatego codziennie się tułam
    po wieczornych, po czarnych ulicach
    i prowadzi mnie wilgotny trotuar
    w mgłę wilgotną, która bólem nasyca.
     
    Acetylen słów płonie na wargach,
    płonie we mnie bolesna maligna,
    chodzę błędny, jak ludzie w letargu,
    zewsząd, zewsząd niepokój mnie wygnał.
     
    Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia,
    muszę chodzić coraz dalej, coraz dłużej.
    Jestem wiatr szeleszczący w liściach,
    jestem liść zagubiony w wichurze.
     
    Tylko w oczach mgła i oczy bolą,
    tylko serce bije coraz częściej.
    Jak błękitny płomień alkoholu,
    płoniesz we mnie moje nieszczęście.
     
    Muszę chodzić, muszę męczyć się wiecznie,
    w mgle za włosy mnie wloką wieczory,
    lecą za mną, nieprzytomne, pospieszne,
    moje słowa, moje upiory.
     
    Muszę wiecznie zrywać się i padać,
    jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi.
    Pochwyciły straconą radość
    nagie gałęzie.
     
    Przelatują, wieją przeze mnie
    listopady chwil, których nie ma…
     
    To – tylko liście jesienne.
    To – pachnie ziemia.

     

     

     

     Émile van Arenbergh

    Sonet listopadowy

    tłum. Zenon Przesmycki

    Zmrok jesienny ma ciszę solenną kościoła;
    Tuż pod księżycem Wenus, we mgle kadzidlanej,
    Błyska, jak przed monstrancją płomyk nieśmiertelny;
    Coś wielkiego, słodkiego coś kona dokoła.

    Drzewa, podobne mnichom u zwłok czuwającym,
    Mrąc same, rzężą psalmy ledwie dosłyszalne;
    Chude ich pnie się wznoszą jak ręce błagalne,
    Liście bez szmeru lecą, jak łzy, deszczem drżącym.

    Podczas gdy z widnokręgu, szerząc swe zasłony,
    Noc wstaje i otula bezgranicze śpiące,
    Niby całun trumienny, gwiazdami łzawiony,

    Tam, w dali, niebo, tracąc duszę swoją, słońce,
    Jak trup świetlny, powoli zlewa się, rozkłada…
    – I już nad barwnym ciałem krążą kruków stada.

     

     

    Chyba najwięcej wierszy poświęconych jest jesieni. Zastanawiam się, czy jest poeta, który nie popełnił czegoś na ten temat. Oczywiście, wiosna to zieleń, odrodzenie, lato – milion kolorów, pełnia życia, zima zaś – urok białego śnieżnego okrycia. Ale żadna pora roku nie ma tyle nostalgii w sobie, powagi i piękna, smutku i piękna, ostateczności i piękna jednocześnie.

    Szukając za wierszami o jesieni, wróciłam do wiersza Rainera Marii Rilkego „Jesienny dzień”. I cóż się okazało!? Że ten piękny, mądry wiersz był wiele razy tłumaczony. Zaczęłam porównywać te tłumaczenia, każde było inne, w różnym stopniu wierne takiemu dosłownemu tłumaczeniu, mniej lub bardziej oddalone od oryginału. Oczywiście po to, by jak najwierniej oddać myśl tego małego wiersza, a wielkiego utworu. O, właśnie, tak właśnie jest: mały to wiersz, a wielki utwór! I kiedy zaczyna się go tłumaczyć, dopiero wtedy wydobywa się tę jego wielkość. I dopiero wtedy też widać, jaką pracą – wymagającą i żmudną, wymagającą precyzji, a jednocześnie polotu, wymagającą dyscypliny, a jednocześnie wyobraźni i fantazji – jest tłumaczenie poezji… Tłumaczenie to swego rodzaju nieustanne trzymanie się granic, trzymanie się w ryzach, a z drugiej strony – ciągłe przekraczanie granic. Takie ciągłe jakby balansowanie na linie: raz rezygnuję z puszczenia wodzów fantazji, z pewnego oddalenia od oryginału na rzecz dyscypliny, jaką narzuca rym czy rytm, innym razem na odwrót, rezygnuję z trzymania się zasad narzuconych przez oryginał na rzecz swobodnego odejścia od układu, budowy, znaczenia. Musimy wybrać, co będzie lepsze.

    Niżej oryginał  języku niemieckim, a więc Rainer Maria Rilke i jego „Herbstag”. Potem tłumaczenia. Aż cztery znalazłam w internecie, ale, niestety, tylko trzy mają autorów tłumaczeń, którymi są  Artur Sandauer, Tomasz Jastrun i Michał Pełczyński. Jeżeli ktoś znałby autora ostatniego tłumaczenia, proszę podać, uzupełnię. Piąte tłumaczenie jest moje. Postanowiłam pobawić się w tłumacza, choć nie wiem, czy „pobawić się” jest odpowiednim słowem. Albowiem zabawa to dość trudna, jak już pisaliśmy wcześniej. Też balansowałam, i nie do końca jestem zadowolona. A zabawa – skoro już używam tego słowa – wspaniała.

    Wiersz Rilkego był wielokrotnie tłumaczony. Oprócz tłumaczeń, które przedstawiam są też inne, dla ciekawości je podaję, może ktoś będzie chciał sprawdzić, przekonać się, jak jeszcze inaczej i czy jeszcze inaczej można było wiersz przełożyć na polski. Tak więc oto ci tłumacze i miejsca, w których wiersz można przeczytać:

    Z. Waśniewski, “Kamena” 1935, nr 3, s. 54.
    J. Ligęza, „Goniec Codzienny” [Wilno], 1941, nr 76, s. 3.
    M. Świeciński, „Studium” 1997, nr 9, s. 65-68.
    A. Skibiński, „Akant” 2004, nr 12, s.3.
     
     
    Rainer Maria Rilke
     
    Herbstag
     
    Herr: es ist Zeit. Der Sommer war sehr groß.
    Leg deinen Schatten auf die Sonnenuhren,
    und auf den Fluren laß die Winde los.

    Befiel den letzten Früchten voll zu sein;
    gib ihnen noch zwei südlichere Tage,
    dränge sie zur Vollendung hin und jage
    die letzte Süße in den schweren Wein.

    Wer jetzt kein Haus hat, baut sich keines mehr.
    Wer jetzt allein ist, wird Es lange bleiben,
    wird wachen, lesen, lange Briefe schreiben
    und wird in den Alleen hin und her
    unruhig wandern, wenn die Blätter treiben.

     
     
    Dzień jesieni
     
    Panie: już pora. Wielkie było lato,
    Cieniom zegarów pozwól – niech się dłużą
    i po obszarach pozwól hulać burzom.
    Owocom każ dopełnić się, a jeśli
    potrzeba, daj im ze dwa dni gorętsze.
    Do dojrzałości nakłoń je i ześlij
    słodycz ostatnią w ciężkie wina wnętrze.
    Kto teraz domu nie ma, już go nie zdobędzie.
    Kto jest samotny, ten zostanie sam.
    Czuwać i czytać, listy pisać będzie
    długie i po alejach – tam i sam –
    błąkać się w liści niespokojnym pędzie.
     
    tłum. Artur Sandauer
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
    Rzuć na zegary słoneczne twój cień
    i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.

    Każ się napełnić ostatnim owocom;
    niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
    znaglij je do spełnienia i wypędź z mocą
    ostatnią słodycz w ciężkie wino.

    Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
    Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
    i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
    pisał i niespokojnie tu i tam
    błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.

     
    tłum. Tomasz Jastrun
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie, już czas. Blask lata przeminął
    Połóż więc cień swój na słonecznych chwilach
    Niech się pól łany w wichurze rozpłyną.
     
    Gronom spóźnionym nakaż, by dojrzały,
    Ześlij im jeszcze ze dwa dni słoneczne,
    Niech się zamienią krzewom swym zbyteczne,
    W ostatniej słodyczy wina smak dojrzały.
     
    Kto dziś domu nie ma, już go nie zbuduje,
    Kto dziś samotny, zostanie już takie,
    Czuwając i pisząc długich listów znakiem
    tam i z powrotem wędrować mu przyjdzie
    ścieżką opadłych liści, co nie wiedzie nigdzie.
     
    tłum. Michał Pełczyński
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie: już czas. Wielki był lata dzień.
    Na pola wypuść Twych wichrów nadmiary
    i na zegary słoneczne rzuć cień.

    Każ ostatnim owocom, aby pełne były
    I daj im jeszcze dwa dni południowe,
    Naglij je do spełnienia i wpędź w winne żyły
    Ostatnią słodycz w ciężkie grona zdrowe.

    Kto teraz domu nie ma, już go nie zbuduje,
    Kto teraz jest samotny, samotność poczuje
    I będzie czuwał, czytał, pisał długie listy będzie
    I po alejach długich niespokojnie
    Wędrować będzie w bezlistny czas dżdżysty.

     
    tłum. autor nieznany
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie: już czas. I cudne lato mija już.
    Pozwól po przestworzach hulać wiatrom,
    a na słonecznych zegarach długie cienie złóż.
     
    Ostatnim owocom do pełna dojrzeć daj;
    ze dwa ciepłe dni podaruj im jeszcze,
    zmuś je do dojrzewania i wreszcie
    w ciężkie wino wtłocz całej słodyczy raj.
     
    Kto teraz nie ma domu, już go nie zbuduje.
    Kto dzisiaj jest samotny, długo będzie sam,
    będzie czuwać, czytać, pisać długie listy
    i alejami, niespokojny, będzie krążyć tam,
    gdzie liście ruchem spadają kolistym.
     
    tłum. Renata Blicharz

     

     

    Kiedy tylko pojawia się potrzeba oderwania się od rzeczywistości, potrzeba ucieczki choćby na chwilę – od codzienności, od małych czy dużych problemów i kłopotów, od własnego życia; kiedy czujemy jakąś nieodpartą konieczność, by się zatrzymać i odwrócić od tego tak zwanego wszystkiego i po prostu pobyć trochę bez siebie, bez swojego życia i tego, co się w tym życiu dzieje lub nie – wtedy na ratunek przychodzi nam książka.

    Bierzemy do ręki powieść, zaczynamy czytać i wchodzimy w inny świat, nawet – w inny kosmos. Wtedy zapominamy o swoich biedach i niedolach, o kłopotach, spędzających nam sen z powiek i uśmiech z ust, pochłaniających jak gąbka codzienną radość i energię, albo energię i radość z codzienności, zatruwających nasze myśli, gaszących nasz chęci i ochoty… Wtedy wchodzimy w świat bohaterów książki, najczęściej tak różny od naszego, że gdyby tak spojrzeć z boku zdawać by się mogło, że istnieje on w innym wszechświecie, na innej planecie. Najczęściej dzieje bohaterowie i ich sprawy są tak niebywałe, że muszą być wymyślone, nie mogą przydarzać się „normalnym” ludziom, bo przydarzają się, owszem, ale niezmiernie rzadko. Bo większości z nas pozornie nic ciekawego, nic wielkiego się przydarza. Czasem jest to prawda, czasem nie, ale przeważnie trudno nam samym to ocenić…

    Są autorzy powieści, którzy zapewniają nam takie wyjście z życia naszego i zanurzenie w życiu innych. Myślę, że jednym z nich jest Jodi Picoult. Sięgnęłam tym razem po trzecią jej książkę (trzecią dla mnie), „Zagubiona przeszłość”. Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy w poszczególnych fragmentach, rozdziałach, opowiadają historię ze swojego punktu widzenia. Ciekawy zabieg. Jest tu oczywiście „najgłówniejsza” bohaterka, zaś pozostali to związani z nią bardzo mocno bohaterowie drugoplanowi. Ale to ważna drugoplanowość, która  sama w sobie mogłaby stanowić odrębną powieść.

    Trudno opisywać książkę bez spoilerów, wyjawiania szczegółów nie tylko zakończenia, ale i samej akcji, powieściowego pomysłu, losów bohaterów, bo zawsze ktoś może posądzić o spojlerstwo właśnie, nie mówiąc o tym, jak to nieładnie odbierać komuś przyjemność z czytania takiej książki.

    Więc napisze tylko, że rozdziały są opatrzone mottami, co zawsze mnie ujmuje. Te motta to fragmenty innych utworów, książek, to fragmenty wierszy, aforyzmy, cytaty z wielkich. I w „Zagubionej przeszłości” też znalazłam poezje i złote myśli, i te pozwalam sobie przytoczyć. Oto one:

    Kłamca powinien mieć dobrą pamięć.

    Kwintylian, O kształceniu mówcy [rzymski retor i pedagog]

     
    Cóż ci też pozostało po mnie?
    Wspomnienie moich kości, wzlatujących, aby spocząć
    w twych dłoniach

                                                  Anne Sexton, Chirurg [amerykańska poetka 20wieku]

     

    W ciemności niósł się jakoby
    Żałobny szelest listowia pamięci

                                            Henry Wadsworth Longfellow, Żagwie z drewna wyrzuconego na brzeg [poeta amerykański 19 wieku]

     

    Czasem zachodzi konieczność
    Aby jakiejś rzeczy na nowo ukazać jej własny urok

                                         Galway Kinnell, Święty Franciszek i maciora [poeta amerykański z przełomów 19 i 20 wieku]

     

    Tak się książka zaczyna: Nie ma sposobu, aby żyć na tym świecie, nie pozostawiając niczego po sobie.

    Autorka wypisuje tu – jako nic po sobie – karty kredytowe,  terminarze spotkań, złożone obietnice. To mogą być odcisku palców. Ale jest jeszcze coś:

    Każdy z nas stanowi centrum niewidzialnej chmury, która przemieszcza się razem z nim, gdy idzie sprawdzić e-mail, wychodzi pobiegać, kiedy na zmianę z kimś używa tego samego samochodu. Za każdym z nas nieustannie sypia się złuszczone komórki skóry, czterdzieści tysięcy na minutę, tworząc tropy zapachowe…

    Bo główna bohaterka ma psa tropiącego, znajdującego osoby zaginione, który nazywa się Greta. To jeden z pomniejszych wątków w tej książce. A przypomniał mi się, kiedy obejrzałam program o psie tropiącym  z OSP w Lipkach, przesympatycznym i mądrym psiaku o imieniu Buddy, którego opiekunem i treserem jest Szymon Oparowski. Buddy jest psem dyplomowanym, bo zdobywa kolejne certyfikaty uprawniające go do akcji poszukiwawczych i szukania ludzi. Na Opolszczyźnie to chyba jedyny taki piesek, jeśli się nie mylę.

    Jak to dobrze, że można czytać książki i oglądać filmy!

     


    • RSS