reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

    Cóż winne listopady?…

    0

     

    Jesienny listopadowy dwugłos poetycki ……….

     

    Władysław Broniewski

     

    Listopady

    Cale życie zrywam się i padam,
    jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi,
    i chwytają mnie złe listopady
    czarnymi palcami gałęzi.

    Ja upiłem się tym tchem, tym szumem,
    niepokojem, który serce zatruł
    to dlatego śpiewać już nie umiem,
    tylko wołam wołaniem wiatru,
     
    to dlatego codziennie się tułam
    po wieczornych, po czarnych ulicach
    i prowadzi mnie wilgotny trotuar
    w mgłę wilgotną, która bólem nasyca.
     
    Acetylen słów płonie na wargach,
    płonie we mnie bolesna maligna,
    chodzę błędny, jak ludzie w letargu,
    zewsząd, zewsząd niepokój mnie wygnał.
     
    Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia,
    muszę chodzić coraz dalej, coraz dłużej.
    Jestem wiatr szeleszczący w liściach,
    jestem liść zagubiony w wichurze.
     
    Tylko w oczach mgła i oczy bolą,
    tylko serce bije coraz częściej.
    Jak błękitny płomień alkoholu,
    płoniesz we mnie moje nieszczęście.
     
    Muszę chodzić, muszę męczyć się wiecznie,
    w mgle za włosy mnie wloką wieczory,
    lecą za mną, nieprzytomne, pospieszne,
    moje słowa, moje upiory.
     
    Muszę wiecznie zrywać się i padać,
    jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi.
    Pochwyciły straconą radość
    nagie gałęzie.
     
    Przelatują, wieją przeze mnie
    listopady chwil, których nie ma…
     
    To – tylko liście jesienne.
    To – pachnie ziemia.

     

     

     

     Émile van Arenbergh

    Sonet listopadowy

    tłum. Zenon Przesmycki

    Zmrok jesienny ma ciszę solenną kościoła;
    Tuż pod księżycem Wenus, we mgle kadzidlanej,
    Błyska, jak przed monstrancją płomyk nieśmiertelny;
    Coś wielkiego, słodkiego coś kona dokoła.

    Drzewa, podobne mnichom u zwłok czuwającym,
    Mrąc same, rzężą psalmy ledwie dosłyszalne;
    Chude ich pnie się wznoszą jak ręce błagalne,
    Liście bez szmeru lecą, jak łzy, deszczem drżącym.

    Podczas gdy z widnokręgu, szerząc swe zasłony,
    Noc wstaje i otula bezgranicze śpiące,
    Niby całun trumienny, gwiazdami łzawiony,

    Tam, w dali, niebo, tracąc duszę swoją, słońce,
    Jak trup świetlny, powoli zlewa się, rozkłada…
    – I już nad barwnym ciałem krążą kruków stada.

     

     

    Chyba najwięcej wierszy poświęconych jest jesieni. Zastanawiam się, czy jest poeta, który nie popełnił czegoś na ten temat. Oczywiście, wiosna to zieleń, odrodzenie, lato – milion kolorów, pełnia życia, zima zaś – urok białego śnieżnego okrycia. Ale żadna pora roku nie ma tyle nostalgii w sobie, powagi i piękna, smutku i piękna, ostateczności i piękna jednocześnie.

    Szukając za wierszami o jesieni, wróciłam do wiersza Rainera Marii Rilkego „Jesienny dzień”. I cóż się okazało!? Że ten piękny, mądry wiersz był wiele razy tłumaczony. Zaczęłam porównywać te tłumaczenia, każde było inne, w różnym stopniu wierne takiemu dosłownemu tłumaczeniu, mniej lub bardziej oddalone od oryginału. Oczywiście po to, by jak najwierniej oddać myśl tego małego wiersza, a wielkiego utworu. O, właśnie, tak właśnie jest: mały to wiersz, a wielki utwór! I kiedy zaczyna się go tłumaczyć, dopiero wtedy wydobywa się tę jego wielkość. I dopiero wtedy też widać, jaką pracą – wymagającą i żmudną, wymagającą precyzji, a jednocześnie polotu, wymagającą dyscypliny, a jednocześnie wyobraźni i fantazji – jest tłumaczenie poezji… Tłumaczenie to swego rodzaju nieustanne trzymanie się granic, trzymanie się w ryzach, a z drugiej strony – ciągłe przekraczanie granic. Takie ciągłe jakby balansowanie na linie: raz rezygnuję z puszczenia wodzów fantazji, z pewnego oddalenia od oryginału na rzecz dyscypliny, jaką narzuca rym czy rytm, innym razem na odwrót, rezygnuję z trzymania się zasad narzuconych przez oryginał na rzecz swobodnego odejścia od układu, budowy, znaczenia. Musimy wybrać, co będzie lepsze.

    Niżej oryginał  języku niemieckim, a więc Rainer Maria Rilke i jego „Herbstag”. Potem tłumaczenia. Aż cztery znalazłam w internecie, ale, niestety, tylko trzy mają autorów tłumaczeń, którymi są  Artur Sandauer, Tomasz Jastrun i Michał Pełczyński. Jeżeli ktoś znałby autora ostatniego tłumaczenia, proszę podać, uzupełnię. Piąte tłumaczenie jest moje. Postanowiłam pobawić się w tłumacza, choć nie wiem, czy „pobawić się” jest odpowiednim słowem. Albowiem zabawa to dość trudna, jak już pisaliśmy wcześniej. Też balansowałam, i nie do końca jestem zadowolona. A zabawa – skoro już używam tego słowa – wspaniała.

    Wiersz Rilkego był wielokrotnie tłumaczony. Oprócz tłumaczeń, które przedstawiam są też inne, dla ciekawości je podaję, może ktoś będzie chciał sprawdzić, przekonać się, jak jeszcze inaczej i czy jeszcze inaczej można było wiersz przełożyć na polski. Tak więc oto ci tłumacze i miejsca, w których wiersz można przeczytać:

    Z. Waśniewski, “Kamena” 1935, nr 3, s. 54.
    J. Ligęza, „Goniec Codzienny” [Wilno], 1941, nr 76, s. 3.
    M. Świeciński, „Studium” 1997, nr 9, s. 65-68.
    A. Skibiński, „Akant” 2004, nr 12, s.3.
     
     
    Rainer Maria Rilke
     
    Herbstag
     
    Herr: es ist Zeit. Der Sommer war sehr groß.
    Leg deinen Schatten auf die Sonnenuhren,
    und auf den Fluren laß die Winde los.

    Befiel den letzten Früchten voll zu sein;
    gib ihnen noch zwei südlichere Tage,
    dränge sie zur Vollendung hin und jage
    die letzte Süße in den schweren Wein.

    Wer jetzt kein Haus hat, baut sich keines mehr.
    Wer jetzt allein ist, wird Es lange bleiben,
    wird wachen, lesen, lange Briefe schreiben
    und wird in den Alleen hin und her
    unruhig wandern, wenn die Blätter treiben.

     
     
    Dzień jesieni
     
    Panie: już pora. Wielkie było lato,
    Cieniom zegarów pozwól – niech się dłużą
    i po obszarach pozwól hulać burzom.
    Owocom każ dopełnić się, a jeśli
    potrzeba, daj im ze dwa dni gorętsze.
    Do dojrzałości nakłoń je i ześlij
    słodycz ostatnią w ciężkie wina wnętrze.
    Kto teraz domu nie ma, już go nie zdobędzie.
    Kto jest samotny, ten zostanie sam.
    Czuwać i czytać, listy pisać będzie
    długie i po alejach – tam i sam –
    błąkać się w liści niespokojnym pędzie.
     
    tłum. Artur Sandauer
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
    Rzuć na zegary słoneczne twój cień
    i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.

    Każ się napełnić ostatnim owocom;
    niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
    znaglij je do spełnienia i wypędź z mocą
    ostatnią słodycz w ciężkie wino.

    Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
    Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
    i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
    pisał i niespokojnie tu i tam
    błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.

     
    tłum. Tomasz Jastrun
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie, już czas. Blask lata przeminął
    Połóż więc cień swój na słonecznych chwilach
    Niech się pól łany w wichurze rozpłyną.
     
    Gronom spóźnionym nakaż, by dojrzały,
    Ześlij im jeszcze ze dwa dni słoneczne,
    Niech się zamienią krzewom swym zbyteczne,
    W ostatniej słodyczy wina smak dojrzały.
     
    Kto dziś domu nie ma, już go nie zbuduje,
    Kto dziś samotny, zostanie już takie,
    Czuwając i pisząc długich listów znakiem
    tam i z powrotem wędrować mu przyjdzie
    ścieżką opadłych liści, co nie wiedzie nigdzie.
     
    tłum. Michał Pełczyński
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie: już czas. Wielki był lata dzień.
    Na pola wypuść Twych wichrów nadmiary
    i na zegary słoneczne rzuć cień.

    Każ ostatnim owocom, aby pełne były
    I daj im jeszcze dwa dni południowe,
    Naglij je do spełnienia i wpędź w winne żyły
    Ostatnią słodycz w ciężkie grona zdrowe.

    Kto teraz domu nie ma, już go nie zbuduje,
    Kto teraz jest samotny, samotność poczuje
    I będzie czuwał, czytał, pisał długie listy będzie
    I po alejach długich niespokojnie
    Wędrować będzie w bezlistny czas dżdżysty.

     
    tłum. autor nieznany
     
     
    Jesienny dzień
     
    Panie: już czas. I cudne lato mija już.
    Pozwól po przestworzach hulać wiatrom,
    a na słonecznych zegarach długie cienie złóż.
     
    Ostatnim owocom do pełna dojrzeć daj;
    ze dwa ciepłe dni podaruj im jeszcze,
    zmuś je do dojrzewania i wreszcie
    w ciężkie wino wtłocz całej słodyczy raj.
     
    Kto teraz nie ma domu, już go nie zbuduje.
    Kto dzisiaj jest samotny, długo będzie sam,
    będzie czuwać, czytać, pisać długie listy
    i alejami, niespokojny, będzie krążyć tam,
    gdzie liście ruchem spadają kolistym.
     
    tłum. Renata Blicharz

     

     

    Kiedy tylko pojawia się potrzeba oderwania się od rzeczywistości, potrzeba ucieczki choćby na chwilę – od codzienności, od małych czy dużych problemów i kłopotów, od własnego życia; kiedy czujemy jakąś nieodpartą konieczność, by się zatrzymać i odwrócić od tego tak zwanego wszystkiego i po prostu pobyć trochę bez siebie, bez swojego życia i tego, co się w tym życiu dzieje lub nie – wtedy na ratunek przychodzi nam książka.

    Bierzemy do ręki powieść, zaczynamy czytać i wchodzimy w inny świat, nawet – w inny kosmos. Wtedy zapominamy o swoich biedach i niedolach, o kłopotach, spędzających nam sen z powiek i uśmiech z ust, pochłaniających jak gąbka codzienną radość i energię, albo energię i radość z codzienności, zatruwających nasze myśli, gaszących nasz chęci i ochoty… Wtedy wchodzimy w świat bohaterów książki, najczęściej tak różny od naszego, że gdyby tak spojrzeć z boku zdawać by się mogło, że istnieje on w innym wszechświecie, na innej planecie. Najczęściej dzieje bohaterowie i ich sprawy są tak niebywałe, że muszą być wymyślone, nie mogą przydarzać się „normalnym” ludziom, bo przydarzają się, owszem, ale niezmiernie rzadko. Bo większości z nas pozornie nic ciekawego, nic wielkiego się przydarza. Czasem jest to prawda, czasem nie, ale przeważnie trudno nam samym to ocenić…

    Są autorzy powieści, którzy zapewniają nam takie wyjście z życia naszego i zanurzenie w życiu innych. Myślę, że jednym z nich jest Jodi Picoult. Sięgnęłam tym razem po trzecią jej książkę (trzecią dla mnie), „Zagubiona przeszłość”. Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy w poszczególnych fragmentach, rozdziałach, opowiadają historię ze swojego punktu widzenia. Ciekawy zabieg. Jest tu oczywiście „najgłówniejsza” bohaterka, zaś pozostali to związani z nią bardzo mocno bohaterowie drugoplanowi. Ale to ważna drugoplanowość, która  sama w sobie mogłaby stanowić odrębną powieść.

    Trudno opisywać książkę bez spoilerów, wyjawiania szczegółów nie tylko zakończenia, ale i samej akcji, powieściowego pomysłu, losów bohaterów, bo zawsze ktoś może posądzić o spojlerstwo właśnie, nie mówiąc o tym, jak to nieładnie odbierać komuś przyjemność z czytania takiej książki.

    Więc napisze tylko, że rozdziały są opatrzone mottami, co zawsze mnie ujmuje. Te motta to fragmenty innych utworów, książek, to fragmenty wierszy, aforyzmy, cytaty z wielkich. I w „Zagubionej przeszłości” też znalazłam poezje i złote myśli, i te pozwalam sobie przytoczyć. Oto one:

    Kłamca powinien mieć dobrą pamięć.

    Kwintylian, O kształceniu mówcy [rzymski retor i pedagog]

     
    Cóż ci też pozostało po mnie?
    Wspomnienie moich kości, wzlatujących, aby spocząć
    w twych dłoniach

                                                  Anne Sexton, Chirurg [amerykańska poetka 20wieku]

     

    W ciemności niósł się jakoby
    Żałobny szelest listowia pamięci

                                            Henry Wadsworth Longfellow, Żagwie z drewna wyrzuconego na brzeg [poeta amerykański 19 wieku]

     

    Czasem zachodzi konieczność
    Aby jakiejś rzeczy na nowo ukazać jej własny urok

                                         Galway Kinnell, Święty Franciszek i maciora [poeta amerykański z przełomów 19 i 20 wieku]

     

    Tak się książka zaczyna: Nie ma sposobu, aby żyć na tym świecie, nie pozostawiając niczego po sobie.

    Autorka wypisuje tu – jako nic po sobie – karty kredytowe,  terminarze spotkań, złożone obietnice. To mogą być odcisku palców. Ale jest jeszcze coś:

    Każdy z nas stanowi centrum niewidzialnej chmury, która przemieszcza się razem z nim, gdy idzie sprawdzić e-mail, wychodzi pobiegać, kiedy na zmianę z kimś używa tego samego samochodu. Za każdym z nas nieustannie sypia się złuszczone komórki skóry, czterdzieści tysięcy na minutę, tworząc tropy zapachowe…

    Bo główna bohaterka ma psa tropiącego, znajdującego osoby zaginione, który nazywa się Greta. To jeden z pomniejszych wątków w tej książce. A przypomniał mi się, kiedy obejrzałam program o psie tropiącym  z OSP w Lipkach, przesympatycznym i mądrym psiaku o imieniu Buddy, którego opiekunem i treserem jest Szymon Oparowski. Buddy jest psem dyplomowanym, bo zdobywa kolejne certyfikaty uprawniające go do akcji poszukiwawczych i szukania ludzi. Na Opolszczyźnie to chyba jedyny taki piesek, jeśli się nie mylę.

    Jak to dobrze, że można czytać książki i oglądać filmy!

     

     

    Wracam do wystawy na dworcu PKP Opole Główne. Bo tu mamy wszystkich wystawiających się autorów, których prace można obejrzeć, a do tego poetów, którzy czytali podczas wernisażu swoje wiersze. I ważna informacja obok spisu poetów, czyli że będzie też występ muzyczny Tadeusza Pabisiaka. Który to występ, gitarowy, mnie zachwycił.

    Trochę szkoda, że wernisaży nie da się powtarzać. Ale z drugiej strony na tym właśnie, na tej niepowtarzalności, polega cały urok takich imprez, które mogą się zdarzyć tylko raz w życiu i we wszechświecie…

     

     

    A tymczasem w Galerii Sztuki Współczesnej przy placu Teatralnym trwa wystawa, która po części też poświęcona jest miastu. Wystawa nosi tytuł „97”,  a pokazuje czterech znanych artystów. Jej kuratorem jest Łukasz Kropiowski, który tak opisuje tę wystawę, a trochę też Opole końca XX wieku:

    „97 to fragment daty z poprzedniego stulecia. Tytuł spoza „teraz” i z miejsca eks-centrycznego – miasta położonego poza centrum, z wszelkimi konsekwencjami społeczno-kulturowymi tego usytuowania. Miasta o realiach artystycznych zdecydowanie „obok” aktualnego obiegu sztuk wizualnych.

    Opole’97 stojące w rozległej kałuży powodzi tysiąclecia jest nieco nierzeczywiste – niewyraźne, dziurawe i fragmentaryczne. Przefiltrowane przez specyficzne zdolności rejestracyjne pamięci i ograniczony sygnał koloru kaset VHS.

    Wspólna prezentacja Zbigniewa Natkańca i jego byłych uczniów z opolskiego „plastyczniaka” – Gregora Gonsiora, Tomasza Mroza i Radka Szlagi bierze początek w tej właśnie rzeczywistości. Rzeczywistości oddalonej o dwie dekady, a więc siłą rzeczy nieaktualnej już a także w pewnej mierze niespójnej – podzielonej na cztery, nie zawsze przystające do siebie, pola pamięci autobiograficznej.”

    To jest fragment bardzo ciekawego opisu, teraz mi się przypomina, że kiedyś już czytałam super „słowo wstępne” do jakiejś wystawy, chyba o czasie, i chyba dwójki autorów, bo Łukasza Kropiowskiego i Agnieszki Dali-Kropiowskiej, muszę je odnaleźć, przypomnieć. A cały opis „97” można znaleźć na stronie Galerii.

    Wystawa prezentowana będzie do 19 listopada 2017 r. Przed jej zamknięciem będzie jeszcze trzykrotne oprowadzanie po wystawie, w tym jedno dla anglików, bo w języku angielskim, jedno z tłumaczeniem na język migowy, co jest bardzo fajnym pomysłem, a jedno dla seniorów, co jest też fajnym pomysłem, przy czym myślę, że „normalni”, czyli nieseniorzy też mogą na to oprowadzanie przyjść. Daty można zobaczyć na stronie albo w galerii. No i zachęcam do udziału w oprowadzaniu. To bardzo fajna „moda” i można bardzo ciekawych rzeczy się dowiedzieć i w zupełnie nowy sposób spojrzeć na prezentowane prace, na autorów, na sztukę w ogóle.

     

     

    Za chwilę zacznie się wernisaż. To ostatnia wystawa organizowana przez Związku Polskich Artystów Plastyków Polska Sztuka Użytkowa w Opolu, zamykająca cykl wystaw pod wspólnym hasłem Stacja – Opole Główne. Dzisiaj ta prezentacja malarstwa gromadzi prace pod hasłem: „A to jest miasto – niebo ogrodzone murami”. O ile się nie mylę, jest to cytat z wiersza Tadeusza Soroczyńskiego.  Wernisaż uświetni prezentacja wierszy w wykonaniu autorów. Na wcześniejszych wernisażach nie byłam, a do tego jestem zaproszona, czytać będę i ja wiersz „miejski”. Myślę, że będzie to „Miasto czuwa”, jeden z wierszy z „Czarnej aureoli”.

    Wernisaż będzie dziś, 07.11.2017 godz. 18:00 – na Dworcu Głównym PKP w Opolu, a potem wystawę można będzie oglądać do 30.11.2017.

     

     

    Sięgnęłam po książkę Simona Parke’a „Minuta uważności. 60-sekundowe ćwiczenia MINDFULNESS dla świadomego życia”. To wynik między innymi siły przyciągania okładki. Bo na niej kwiat i pąk, nenufary chyba. Prosta i przyciągająca. Oprócz jednej rzeczy, wkurzającej mnie niestety, owego „ćwiczenia MINDFULNESS” – co to jest?!  Dlaczego po angielsku? Tłumaczenie tego słowa to uważność, rozwaga, troska, czyli może można by użyć polskiego określenia? A jak użyjemy mindfulness to będzie mądrzej? lepiej? ciekawiej? Nie rozumiem tej anglicyzacji w wielu dziedzinach, wszystkich chyba, naszego życia. No dobra, nie czepiajmy się, tak jest i już.

    Na tyle okładki mamy zaproszenie do książki: „Jak wiele czasu spędzasz na rozmyślaniach o przyszłości albo rozpamiętywaniu błędów przeszłości i zadręczaniu się nimi? Czy znajdujesz w ogóle czas, by delektować się chwilą obecną? W niniejszej książce Simon Parke, za pomocą inspirujących historii oraz prostych ćwiczeń, nauczy cię, jak poświęcając zaledwie 1 minutę dziennie, wyraźniej spojrzeć na świat, wrócić do teraźniejszości i w niej pozostać.

    Wykorzystując praktyki mindfulness tak prosto i plastycznie opisane w tej książce polepszysz swoje życie na 3 płaszczyznach: 1 świadomość siebie i świata, 2 życie teraźniejszością, 3 akceptacja własnej sytuacji. Dzięki tej książce w krótkim czasie uzdrowisz swoją duszę i ciało, wniesiesz spokój do każdej dziedziny życia i zaczniesz żyć swobodnie i w pełni. Niniejsza publikacja to bowiem przyspieszony kurs uważności, z którego dowiesz się, jak poprzez praktykę uważności poprawić jakość swojego życia.”

    A w środku mamy kilka rozdziałów, w nich po kilkanaście krótkich tekstów, każdy odrębny i z własnym tytułem, co już jest fascynujące i przyciągające. O czym te fragmenty? W takim fragmencie, zatytułowanym „To nie powieść przygodowa”, autor opowiada o samousprawiedliwianiu się i niepodejmowaniu przygody, ale tutaj jest to przygoda poznania samego siebie. Mówi też o odwadze. I porównuje nas do stojącego w porcie statku, mówiąc tak: „Jesteśmy jak okazały żaglowiec w porcie, gotowy do rejsu, ale z załogą zbyt wystraszoną, by wypłynąć na morze. Zamiast postawić żagle i ruszać w drogę, marynarze zajmują się wykłócaniem o to, kto powinien być kapitanem, krytykują inne łodzie i wygłaszają samousprawiedliwiające uwagi…”. To jest ładne i mądre, a ładne i mądre lubię.

    No i ta odwaga, ach, ta odwaga, życiowa, gdybyśmy wiedzieli i gdybyśmy mogli jej powiedzieć, że ona jest głupia i że w ogóle ona jest świnia… (ohoho, ale mnie poniosło!!! czyli jeszcze będę musiała jeszcze kiedyś do odwagi wrócić.)

    A w „Minucie uważności” inne fajne rzeczy. Na przykład w takim fragmencie o ciszy i jej jakości. Chyba rzeczywiście rzadko zastanawiamy się, jaka cisza nas otacza. A tu mamy najpierw stwierdzenie, że nie ma dwóch takich samych cisz, tak jak nie ma dwóch takich samych obłoków! Hm, no tak… A potem mamy pytania o to, jaka jest u nas, wokół nas cisza w tej chwili. Jaka? niecierpliwa? defensywna? nobilitująca nas, potępiająca drugich? gniewna i niespokojna? otępiała? A może spokojna, szczęśliwa, obiecująca różne cuda, tak jak zroszona trawa o świcie? A na końcu mamy jeszcze bardzo ciekawe podsumowanie, tak jak pod każdym fragmentem, które tu zawiera się w słowach: warto jest odnaleźć jakość naszej prywatnej ciszy, bo ona właśnie decyduje o jakości naszego prywatnego hałasu.

    Ładne, prawda?

    Te fragmenty, tekściki są bardzo różne, to opowiadanka, historyjki, opisy, medytacje, bajki, bajeczki, nie wszystkie każdemu przypasują, tak sądzę, ale myślę też, że każdy znajdzie jedną czy drugą dla siebie. Bo ta któraś może być naszą prawdą albo nas określać, opisywać nas albo kogoś naszego, albo jakieś wydarzenie z przeszłości, albo po prostu – w kilku zdaniach werbalizować, konkretnie nazywać to, co my tylko czuliśmy, przeczuwaliśmy. I to jest fajne. A mnie spodobała się jeszcze taka przypowiednia, hmm, jest takie coś?, raczej przypowieść, czy jak to nazwać o wiosennym żonkilu, który był samoudręczający się i nieszczęśliwy i która tak właśnie się nazywa: „Nieszczęśliwy żonkil”. I zobaczcie na podsumowanie, to też jest do pomyślenia, bo zapominamy czasem o sobie…

    „Nieszczęśliwy żonkil sam siebie zadręczał. Miał zieloną łodyżkę i kiedy patrzył na wypełniony ludźmi autobus, myślał sobie: „Mógłbym być tak zielony i tak popularny jak on”. A ponieważ żonkile kwitną na wiosnę, zerkał na tak bardzo podziwianego krokusa, myśląc: „Ha! Ja też kwitnę na wiosnę!”. A ponieważ był dobry w byciu żółtym, spoglądał na słońce, które ludzie tak kochali, i myślał: „Phi, przecież tak łatwo być żółtym. Nie rozumiem, czemu właśnie słońce zgarnia zaszczyty!”.

    Żonkil zapominał,
    że jest najlepszy w byciu żonkilem –
    autobus, krokus i słońce mogły tylko pomarzyć
    o takiej wspaniałości!
     

    No właśnie, zapominamy czasem o sobie…

    I jeszcze słowo o autorze ze skrzydełka publikacji. Simon Parke to felietonista „Daily Mail”, który przez 20 lat był kapłanem w Kościele Anglii, a przez kolejne 3 lata pracował w supermarkecie układając towar na półkach i rozważając sens życia. A co robi obecnie? Obecnie …podąża za piękną grą życia…

     

    Simon Parke, Minuta uważności. 60-sekundowe ćwiczenia MINDFULNESS dla świadomego życia, Wyd. Samsara, Białystok 2016, s. 26, 49, 217.

    Zdjęcie pochodzi ze strony Wydawnictwa Samsara, http://illuminatio.pl/produkt/minuta-uwaznosci/

     

     

    Jakoś trafiłam na tę książkę, jakoś, szukając czegoś zupełnie innego. Pożyczyłam, przeczytałam. Autor to: Jacek Borowiak, tytuł – długi tytuł z podtytułem – to: Emerytura nie jest ci potrzebna, czyli jak kilka twoich decyzji może spowodować, że zgromadzisz majątek i szybciej osiągniesz wolność finansową.

    A na okładce drzewko, które zamiast zielonych liści, ma zielone! Chciałabym sobie wyhodować takie drzewko w doniczce na parapecie, choć to raczej mało prawdopodobne.

    I z tej książki jeden aforyzm i dwie ciekawostki, choć nie tylko o to w niej chodzi. Generalnie i bardzo uproszczając chodzi o umiejętność zarządzania własnymi pieniędzmi. Niekoniecznie muszą to być jakieś wielkie sumy. Ostatecznie można zacząć, jak sugeruje autor, od kwot małych, takich, które określamy często jako „na moją kieszeń”. Więc zacznijmy np. od 100 zł i tę właśnie kwotę podzielmy na odpowiednie konta czy „kupki”. No i kiedy nauczymy się zarządzać takimi małymi kwotami, będziemy potrafić zarządzać coraz większymi.

    Autor wspomina szkolenie, podczas którego pokazano film o kobiecie z USA, która miała bardzo niskie dochody. Postanowiła zacząć naukę zarządzania od 1 dolara. Zarządzanie jednym dolarem!!! To jakiś odlot, no nie?!  W tym zarządzaniu chodziło o to, żeby swoje dochody podzielić na określone konta i w odpowiednich proporcjach. Jednym z tych kont było konto „zabawowe”, czyli 10% naszego miesięcznego dochodu trzeba przeznaczyć na zabawę, na coś dla siebie, na jakąś „rozpustę”. Mógł to być obiad w restauracji, wyjście gdzieś, jakiś mały wyjazd, zakup czegoś dla siebie albo jakiś zbytek w postaci kolejnej pary butów czy kolejnej wędki do kolekcji… To była nagroda za wysiłek, za tę pracę przy zarządzaniu pieniędzmi. W dodatku tę kwotę „zabawową” trzeba było koniecznie wydać w danym miesiącu.

    No więc ta pani Amerykanka opowiadała, że największym wyzwaniem dla niej było spełnienie właśnie tego warunku o wydaniu 10%  z jednego dolara na zabawę. No bo jak tu się zabawić za 10 centów? Wybrnęła z tego w ten sposób, że kupiła sobie gumę do żucia z historyjką, rozpakowała ją, pożuła, obejrzała historyjkę, potem – jak to określiła – „obśmiała się” i …tyle było zabawy w pierwszym miesiącu.

    Bardzo mi spodobała ta historyjka.

    Jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę, zresztą myślę, że nie będę osamotniona w moim zadziwieniu i zdziwieniu.

    Często twierdzimy, że nie mamy z czego oszczędzać, że mamy określoną kwotę dochodu, pensję, która starcza w sam raz na życie, ale już nie na odkładanie. Jednym słowem, nie ma z czego. Ale… potem, któregoś dnia idziemy do sklepu i …kupujemy telewizor na raty. Hurra! W następstwie tego zakupu płacimy za niego co miesiąc 100 albo 200 złotych, mimo tego, że nasze dochody-pensje wcale się nie zmieniły, mamy dokładnie tyle samo, co przed nabyciem drogą kupna tego pięknego mebla w salonie… Jak to się dzieje, że wtedy, gdy spłacamy kredyt, ta stówa czy dwie się znajdą, a wcześniej w żaden sposób nie dało się ich odłożyć? Fenomenek, prawda?

    Więcej ciekawych rzeczy w tej książce, ale te dwie tutaj opisane – to oprócz tego, że ciekawe, to jeszcze ciekawostkowe! i dlatego o nich wspominam.

    A co najważniejsze? To: uczmy się zarządzać swoimi pieniędzmi!…

    I obiecany aforyzm, fajny, taki:

    Nie narzekajmy, że mamy pod górę, skoro zmierzamy na szczyt.

     

     

     

    Zapisz

     

    Zaczęłam czytać „Zagubioną przeszłość” Jodi Picoult. Książka gruba, proza tłusta. Na nieprzewidzianą sytuację, która stanowi temat, problem, przyczynę tej  opowieści, patrzymy oczyma kilku bohaterów, powiązanych z sobą i osadzonych w tym, co się dzieje. A dzieje się wiele, i wokół bohaterów i w nich. W pewnym momencie czytam o drzewie, na którym zawieszone są ptasie piórka i różne z ptasich piór łapacze złych snów, złych rzeczy. O tych piórach opowiada legendę Indianka z plemienia Hopi.

    (…) Ruthann wystawia rękę za okno i puszcza piórko na wiatr.

    - Paho – mówi, wskazując drzewo paloyerde na trawniczku przed swoją przyczepą, to, z którego gałązek zwisają setki takich piórek. – To są pióra modlitewne. Zaklinają zło, które spotkało nas w zeszłym roku. W zimie porywa je wiatr, a zło razem z nimi. Sama je robię i wieszam wysoko na drzewie po to, żeby nikt nie mógł się do nich zbliżyć, bo można się pokalać i zatruć, ale w nocy chyba jedno się urwało i spadło na twoją dziewczynkę.

    Patrzę na nią, mrugając oczami z niedowierzaniem.

    - Chce mi pani wmówić, że Sophie choruje, bo spadło na nią… kurze piórko?

    - Nie kurze, tylko indycze – poprawia mnie Ruthann – (…)

    Zawsze zastanawiałam się, kto wymyśla mity i legendy, jaki bajarz, jaki wajdelota. Kto ma taką nieprzeciętną wyobraźnię, by układać takie „historie niestworzone”? Może ludzie, którzy mają silny kontakt z naturą i jej siłami? Ale mity i legendy mówią też o człowieku. Może więc  te historie wymyślają ci, którzy umieją obserwować, z natury swojej umieją zajrzeć w ludzką psychikę?

    Potem przypomina mi się, że znalazłam kiedyś piórko w autobusie. Leżało sobie na podłodze i było „inne”. Bo to było różowe piórko! A teraz leży sobie w moim zeszycie w kratkę.

     

    A potem wydarzyło  się coś bardzo niezwykłego. Przez pół otwarte drzwi balkonowe wleciał do mojego pokoju jakiś ptaszek i usiadł na oparciu fotela!!! Wróbel na fotelu, wleciał sobie i usiadł. Zamarłam! Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Oczywiście, chciałam zrobić zdjęcie, ale przekrzywił główkę i fruuu odfrunął, tak jak tu przyleciał, tą samą drogą. Myślałam, że to wróbelek. Ale po chwili patrzę, a on siedzi na parapecie od strony balkonu, wychyla się w stronę pokoju i zagląda do środka! Niesamowite, naprawdę! A wtedy już zobaczyłam wyraźnie jego żółty brzuszek, więc wiem, że to była sikorka! Tak więc odwiedziła mnie w moim domu sikorka. Niesamowite to było!

    A potem czytałam sobie dalej książkę Jodi Picoult. I kilkadziesiąt stron dalej, kolejna opowiastka, też o ptakach, tym razem o wróblach.

    (…) Parkuję samochód pod olbrzymim kaktusem saguaro, który ma co najmniej trzy i pół metra wysokości; jedno odrośle wygląda jak ręka uniesiona w przyjaznym, serdecznym geście. Ruthann mówi, że takie odgałęzienie rośnie pięćdziesiąt lat, a kwiaty saguaro lśnią tak wielkim pięknem, że nawet wróble płaczą na ich widok. (…)

    To ładne, prawda? O płaczących od piękna wróbelkach.

    Piszą więc sobie o piórkach, ptakach i ptasich legendach. Taki to miałam dziś ptasi dzień.

     

     

    Jodi Picoult „Zagubiona przeszłość”, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2005, s. 98, 148.

    Na pograniczu lata i jesieni

    0

     

    Szaro, buro za oknem, bo jesień już nie ta młoda, malowana, złota, obiecująca, ale ta stara, pomarszczona, chłodna, nieprzytulna, płacząca deszczem albo mżawką.

    Ale w wierszach przypomnimy sobie tę pierwszą, a właściwie te chwile, które zapowiadają dopiero jej nadejście. Dlatego dziś trzy wiersze.

    Pierwszy to cudny oktostych Jarosława Iwaszkiewicza. Zobaczcie, jak opisuje niebo, co mówi o wiośnie i jesieni, o przyjaciołach i o chodzeniu do sadu.

    Drugi to  wiersz Hanny Fołtyn, poetki z Warszawy, której wiersze zachwyciły mnie dystansem, sugestywnym sposobem obrazowania, świetnymi porównaniami i metaforami.  „Letnia chandra” jest tego przykładem: zobaczcie, ile się dzieje w każdym wersie,  zobaczcie, jak opisuje niebo (wiem, powtarzam to samo zdanie-pytanie, co przed chwilą…), co robią u niej marzenia i wspomnienia, co robi w jej wierszu czas. Parafrazując tytuł wiersza J. Iwaszkiewicza, powiedziałabym, że to skondensowana poetycko „chwila w przed-jesieni”!

    Trzeci to mojego autorstwa króciutki dystych „Późny wrzesień”. Ten dwuwiersz to też opis owej „przed-jesieni”, już nie lato (bo to prawdziwe przeminęło), jeszcze nie jesień (bo ta prawdziwa jeszcze nie nadeszła). A ogrody na przełomie tych dwu pór roku fascynują mnie od dawna. Czym? Chyba omdlewającymi kolorami, jakąś łagodnością, cierpliwym odchodzeniem, zgodą na to, co ma się wydarzyć i co już się właściwie wydarza i dzieje…

    I czyż poezja nie jest magiczną stroną życia?!…

     

    Jarosław Iwaszkiewicz

     Chwila w jesieni

     

    Po cytrynowym niebie idą białe żagle.
    (Lepsza jest tafla stawu niż morze uniesień.)
     
    Wypłowiałe bukiety, co uwiędły nagle…
    (Lepsza od pijanej wiosny zaduma jesień.)
     
    Desenie purpurowe liści winogradu,
    Dojrzała jabłoń złotem swoich jąder świeci –
     
    Pójdziemy dziś do sadu i jutro do sadu.
    (Najlepsi przyjaciele to są psy i dzieci.)

     

     

    Hanna Fołtyn

    Letnia chandra

     

    Późne lato w ogrodzie pachnie floksami.
    Jesień skrada się smutkiem po liściach czereśni.
    Zmęczone niebo wyblakło od słońca.
    Na horyzoncie z ociąganiem gromadzą się chmury.
    Marzenia pochowały się w gałązkach bluszczu,
    a spod świerków wypełzają odległe wspomnienia.
     
    Czas po cichutku wymyka się bokiem.
    Floksy zapachem odpędzają chandrę.

     

     

    Renata Blicharz

     Późny wrzesień

     

    Pełne nostalgii i wspomnień jeszcze świeżych
    są wczesnojesienne ogrody.

     

    Rowery idą spać

     

    Jesiennie się robi, deszczowo, więc rowery idą powoli spać… Zanim usną w swoich rowerowych garażach na dobre, jeszcze trochę powspominajmy. Ale przypomnijmy sobie rowery niezwykłe, nietypowe, nietuzinkowe.

    Dzisiejsze rowery mogą mieć cudne-przecudne dzwonki, w kwiaty, motyle, w biedronki… Można też na dzwonku wyznać miłość swojemu rowerowi… Poniżej dowód!

    Rower dla zakochanych – tak nazwałam sobie rower, który spotkałam w Krakowie. Bo oni, ci zakochani,  zawsze jadą na nim w swoim kierunku, zawsze ku sobie.

    (A może to rower dla szachistów? karciarzy? siłujących się na ręce? bawiących się w klaskanie koci koci łapci? karmiących się wzajemnie? konkurujących na spojrzenia bez mrugnięcia okiem? bawiących się w kto wytrzyma dłużej bez uśmiechu? czytających jedną wspólną gazetę?

    Kto ma jeszcze jakieś inne propozycje?)

    Te dwa rowery wiszące też miałam przyjemność zobaczyć w Krakowie, niedaleko restauracyjki Mleczarnia. Tę parę nazywam: rowery dla taty i synka.

    Rower różowy musi być romantyczny, prawda? No i jest oczywiście bardzo dziewczyński, zgodnie z utrwalonymi w naszej świadomości tradycjami kolorystycznymi.

    Rower różowy przywiozłam znad morza, z Międzywodzia.

    A rower biały cały jest opolski, stał sobie całkiem niedawno na opolskim deptaku, czyli ul. Krakowskiej. I jako się rzekło jest cały biały, jakby welonowy, ślubny, jakby welonem jakimś białym okryty.

    Na tym kończę przegląd moich rowerów niezwykłych. Mam jeszcze kilka ze Szklarskiej Poręby, ale nie umiem ich znaleźć w moim komputerowym zdjęciowym bałaganie. Może więc do rowerów niezwykłych jeszcze powrócę.

    A poza tym mam też opowieść o ciemnej stronie rowerów, chociaż może bardziej …ich właścicieli.

    Zapisz


    • RSS