reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

     

    Sobota w Byczynie to dla mnie nie tylko moje spotkanie autorskie, które zostało zaplanowane na godzinę 17.00 w Ekspozeum przy ul. Krótkiej, a którego hasłem przewodnim było: „Poetyckie krajobrazy pamięci”. Oczywiście, samo spotkanie  było dla mnie wspaniałym przeżyciem, bo klimatyczne miejsce, jakim jest Przystanek Turystyczny, czyli Ekspozeum, oraz fantastyczna publiczność, czyli słuchacze, którzy …słuchają! Mam nadzieję, że z jednej strony moje wiersze dostarczyły im wielu poetyckich wzruszeń i emocji, a z drugiej, że spotkanie z moją poezją wpisało się w ramy Europejskich Dni Dziedzictwa.

    Pamiątką po moim pobycie w Byczynie jest piękny rysunek, który otrzymałam od Andrzeja Felisiaka, przedstawiający Byczynę o poranku.  Rzeczywiście, często nie doceniamy krajobraz za oknem, narzekamy, że szaro-bury. A artysta patrzy i widzi swoim malarskim okiem trochę inaczej, i z szarości-burości wyczarowuje magię – jak na tym rysunku z byczyńskimi kamieniczkami.

     

    Ale napisałam, że sobota w Byczynie to dla mnie nie tylko moje spotkanie autorskie. Nie tylko, ponieważ spotkało mnie tam wiele innych, bardzo miłych rzeczy. Zostałam ugoszczona w ratuszu, w tzw. Dziewiątce, czyli pięknej sali obrad  ozdobionej wierna kopia obrazu Jana Matejki, przedstawiającego bitwę pod Byczyną, obejrzałam muzealną salę pamięci, zwiedziłam miasteczko, a wieczór zakończyłam kolacją w pałacu w Proślicach. Ale to wszystko to „materiał” na nieco dłuższy opis, bo dziś to tylko taki krótki szkic na gorąco.

    Pozdrawiam Byczynę i jej mieszkańców!

    Zapisz

     

    A na sobotę, 10 września 2017 r., zapraszam do Byczyny, gdzie w Ekspozeum przy ul. Krótkiej będę prezentować swoje wiersze. Spotkanie ma tytuł „Poetyckie krajobrazy pamięci” i jest jedną z wielu imprez uświetniających obchody XXV Europejskich Dni Dziedzictwa. Mam nadzieję, że moje wystąpienie w pięknej, zabytkowej Byczynie wpisze się w hasło przewodnie tegorocznych Dni, czyli „Krajobraz dziedzictwa – dziedzictwo krajobrazu”.

    Wspomnieć też trzeba, że jednym z organizatorów i mojego spotkania, i kilku innych atrakcji prezentowanych w byczyńskim Ekspozeum, jest Stowarzyszenie Ochrony Dziedzictwa Kulturowego Byczyny, które zajmuje się – najogólniej mówiąc i w wielkim uproszczeniu – popularyzowaniem wiedzy o zabytkach i szeroko rozumianymi działaniami związanymi z ochroną zabytkowych obiektów oraz któremu Starosta Kluczborski nadał tytuł Społecznego Opiekuna Zabytków.

    Zapraszam do udziału w spotkaniu autorskim w Byczynie albo innym wydarzeniu, organizowanym w ramach Europejskich Dni Dziedzictwa.

     

    Kino Fala w Międzywodziu

     

    To właśnie tam, w kinie o morskiej nazwie „Fala” przeżyłam ów cudowny kinowy relaks przy  „Planie Maggie” (pisałam o tym relaksie i o tym filmiku w poprzedniej notce) w reżyserii Rebecci Miller, która jest też autorką scenariusza; w malutkim kinie, które powstało jakieś dwadzieścia lat temu, czyli jeszcze w ubiegłym stuleciu. Więc to żadne multipleksy, kinopleksy czy inne wielkogabarytowe obiekty, czyli nowoczesne, piękne i bardzo „rozmachowe”, jak wiele takich obiektów powstających współcześnie, ale jednocześnie zimne, bez duszy, jakoś tak człowieczeństwu nieprzyjazne.

    Kino Fala w Międzywodziu powinno mieć morską nazwę, no nie?, przecież miejscowość nadmorska jak nic, a sezon nad morzem to przede wszystkim lato.

    Kino Fala tak więc to przede wszystkim kino sezonowe, jest prowadzone przez przemiłe małżeństwo, któremu pomaga śliczna, urocza córeczka.  Wyświetla się tu nie tylko filmy, ale i urządza imprezy dla dzieci, zabawowe spotkania z klaunem czy innymi artystami sztuki cyrkowej. Jako ciekawostkę zaś dodam, że 2015 roku występowała w nim ze swoim recitalem Izabela Trojanowska! Czemu nie!! To kino to jedna z niewielu atrakcji Międzywodzia, pominąwszy plażę i deptak z dziesiątkami sklepów, sklepików i różnych jarmarkowych miejsc do kupowania wczasowego mydła i powidła. Spodobało mi się międzywodzkie kino i dlatego o nim piszę; to jedno ze wspomnień z pobytu w fajnych miejscach i z fajnymi ludźmi w Międzywodziu. Tak wygląda z daleka i z bliska.

    Kino Fala przypomina mi moje ulubione opolskie kino „Meduza”, które też jest małe i klimatyczne, też robi imprezy dla dzieci, a ponadto jest jakby podobne, no i nazwę też ma morską. :)

     

    A poza tym w dniu 1. września, kiedy był niby pierwszy dniem szkoły po wakacjach, w Googlach pojawił się rysunek, który też był cały morski! Nie wiem, jaki związek ma pierwszy dzień szkoły z morzem; może chodzi o to, że wakacje spędza się nad morzem? Ale nie wszyscy przecież tam. Niektórzy wybierają inne kierunki.

    Chyba byłoby przesadą powiedzieć, że prześladują mnie morskie motywy, ale pojawiają się tu i tam i przywołują wspomnienia. Morze jest głębokie i szerokie, jak mówi pewna mądrość ludowa. Stąd pewnie tyle z nim możliwości, odniesień, konotacji, natchnień, inspiracji, refleksji… itp. … itd. …

     

     

    Zdjęcie kina „Meduza” pochodzi ze strony Radia Opole: http://radio.opole.pl/public/info/2017/thumb_960_0/2017-09-01_150429603710.jpg

    Zdjęcie Google-Doodle stąd: https://www.google.pl/logos/doodles/2017/first-day-of-school-2017-france-poland-4673462911107072-l.png

     

    Byłam w kinie i obejrzałam śliczny film. Tak właśnie, śliczny. Właściwie to powinna to być typówka, temat oklepany, nudny, już sto razy grany, bo sfrustrowany facet zakochuje się w młodszej kobiecie, zostawia dla niej swoją rodzinę, tworzy z nią nową z nowym dzieckiem. Z kolei owa młodsza kobieta zakochuje się w tym facecie jakby przy okazji, niechcący. I wokół tego rozgrywa się całe zamieszanie. Motyw znany, prawda? Potem, kiedy idylla zaczyna się kończyć, młodsza kobieta wymyśla kolejny plan, który ma coś naprawić. Bo główna bohaterka Maggie jest specjalistką od planów. Rzec by można: człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. W przypadku „Planu Maggie”: Maggie planuje, życie robi po swojemu.

    Mimo iż motyw znany, to przecież film nie nudził, był zabawny, momentami w jakiś sposób szalony i nieprawdopodobny, tak jakoś delikatnie, jakby pastelami, został namalowany świat w nim przedstawiony.

    Co mi się podobało w tym filmie. Kilka rzeczy.

    Jednym z „podobałów” było to, że nie było w „Planie Maggie” brutalności, agresji, zabijania; szczególnie po ostatnim filmie „Pan Idealny”, tam sceny bez morderstwa, bicia, bójek, okrucieństwa, na palcach jednej ręki można zliczyć. Podobał mi się Ethan Hawk, którego pamiętam sentymentalnie ze starego filmu „Orbitowanie bez cukru”; oj, chyba sto lat temu było to dziwne „Orbitowanie…” …….

    Podobała mi się gra Juliette Moore. Piszę gra, bo sama aktorka mi się nie podoba, jakoś jej nie lubię, ale tutaj, w roli „starej”, porzuconej żony, a także naukowca i autorki książki, jest moim zdaniem rewelacyjna, odgrywa swoją postać doskonale. Podobało mi się miasto i środowisko bohaterów, i to, jak ślicznie, paczworkowo, kunsztownie jedno z drugim zostało pokazane, jak miasto i środowisko się przeplatają. Miasto, chyba Nowy Jork, choć głowy nie dam, to ulice, skwery, samochody, ziąb, ławki i ławeczki, uliczni grajkowie i różne hyde parki. Świetna sprawa: sceny, z mężczyzną w kryzie recytującym Szekspira, przeplatają się z rozmową bardzo intelektualną bohaterów. Są to trzy dosłownie kilkusekundowe scenki, ale pokazują całą historię tego człowieka, jego dramat można powiedzieć, podczas gdy dwoje intelektualistów rozprawia sobie a muzom. Świetnie zrobione.

    Podobał mi się makroświat filmu. Środowisko, w którym toczy się akcja jest intelektualne i uniwersyteckie. Bohaterowie tego filmu wykładają przedmioty, których nazwy tzw. normalny człowiek nie byłby w stanie powtórzyć, a powtórzyć wyjaśnienie czy definicję tych nazw nie umiałby chyba nawet człowiek nienormalny. Bo też niemal każdy z bohaterów jest wykładowcą takiego czy innego uniwersytetu%2

    Wiosenna bujność traw

    0

     

    Obejrzałam kilka dni temu film pod tytułem „Wiosenna bujność traw”.

    Był w tym filmie przytoczony wiersz jako tło do dziejących się obrazów. Kiedy lektor czyta jakieś wiersze, choćby ich fragmenty, a „z przodu” coś się dzieje, pokazywani są bohaterowie czy jakieś wydarzenia, jakieś obrazki, kadry z nimi, czy pokazywane jest na ekranie cokolwiek, co związane jest z filmem i jego akcją – wtedy ta poezja czytana gdzieś „z tyłu” zyskuje jakiś drugi wymiar, staje się tajemniczo piękna i głęboka. Najczęściej zresztą taka jest – tajemniczo piękna i głęboka, bo też najczęściej wybierane są wiersze takie właśnie – mądre i ładne, a więc niezwykłej urody, jeśli tak o wierszach powiedzieć można. Znam też inne przykłady, może kiedyś o nich napiszę.

    A w „Wiosennej bujności traw” został wykorzystany wiersz „Wiosenna bujność traw” autorstwa Williama Wordswortha, poety z przełomu 18. i 19. wieku. William Wordsworth  to jeden z tzw. angielskich poetów jezior, zwanych też Lakistami (od angielskiego lakejezioro) (swoją drogą jaka to ładna nazwa). I ci angielscy poeci jezior to prekursorzy romantyzmu w Anglii.

    Oto ten malutki, a mądrutki przecież, wiersz.

    William Wordsworth

    Wiosenna bujność traw

    Choć z oczu mych nie bije już ten dawny, radosny blask,
    Choć nic już nie zdoła przywrócić wiosennej bujności traw,
    Ni kwiatów minionej świetności,
    Nie smućmy się,
    Lecz czerpmy siłę z okruchów codzienności.
     

     

    Niestety, nie znam tłumacza, choć wiem, że między innymi i Czesław Miłosz tłumaczył wiersze Wordswortha na język polski. Widziałam zresztą też inne tłumaczenie „Wiosennej…”, tez bez tłumacza, muszę gdzieś głębiej poszukać czegoś więcej na temat oryginału, jak i tłumaczeń tego wiersza. A teraz …czerpmy siłę z …okruchów …poezji!

    Któż nie kocha urlopów?

     

    Któż nie kocha urlopów? Wszyscy kochamy urlopy! I umiemy tak czule o nich mówić i czule je nazywać, jak w tym sklepie czy punkcie usługowym, który informuje o czasie odpoczynku na swoich drzwiach wejściowych. Tak mi się ten urlop, urlopik, urlopenio spodobał, że nie mogłam się oprzeć i uwiecznić musiałam!…   Ja mam też obecnie urlopik, który kocham i który już powoli się kończy. Kończy się sezon w kurorcie, kończą się wakacje, kończy się lato. I tylko życie trwa nieprzerwanie, niezależnie od sezonu takiego czy innego, niezależnie od pór roku, miesiąca, pory dnia, niezależnie od tego, czy my żyjemy… Ależ mi się zboczyło z tematu!!! A ja jestem tu:     Mój urlopik, kochany i kończący się, mam tu, „na górze” mapy, nad zimnym Bałtykiem. Jak wrócę do domu, przyjdzie czas na pisanie wspomnień znad morza. Teraz jeszcze kilka spacerów plażą, kilka łyków jodu, kilka bursztynów i muszelek, niby dni beztroski, choć już myśl o długiej podróży lekko stresuje. Wkrótce powrót do normalnego życia.

     

    Oto zapowiedzi sobotniego wydarzenia w opolskim Amfiteatrze.

    To będzie wielkie wydarzenie. To będzie niezwykłe widowisko. Bo to będzie pełna przepychu, gwiazd i wspaniałej muzyki słynna opera „Nabucco” Giuseppe Verdiego.

    W czwartkowym wczorajszym „Naszym Mieście” Anna Konopka opisuje genezę powstania tej opery:

    Historia związana z jej postaniem jest niezwykła. „Już nigdy nie będę komponował! Nie chcę czytać żadnych librett więcej!” – krzyczał młody Verdi, kiedy B. Merelli, impresario mediolańskiej La Scali, podsuwał mu tekst „Nabucco”. Po stracie ukochanej żony i dwójki małych dzieci kompozytor ogarnięty był wielkim smutkiem i poczuciem bezsilności. Przyjaciel jednak nie dawał za wygraną: „Dobrze, nie musisz nic komponować. Tylko przeczytaj” – i podał manuskrypt Verdiemu. Ten z wściekłością rzucił go na stół. Na otwartej stronie widniały skreślone piórem Solery słowa: Va, pensiero, sull’ali dorate… Verdi wpatrywał się w kartkę, jakby były to słowa wielkiego proroka, ogłaszające rychłe wyzwolenie dla jego udręczonej duszy, choć nie spodziewał się tak wielkiego sukcesu swojej opery.

    Rzeczywiście, jakieś fatum prześladowało Verdiego w tym czasie, bo rok po roku stracił córkę oraz syna i żonę, a chłodne przyjęcie jego opery komicznej „Dzień królowania” dopełniło czary goryczy. Nic więc dziwnego, że doznał załamania nerwowego i nowe dzieło stworzył dopiero do dwóch latach (później, w ciągu siedmiu lat napisał 14 oper!).

    Tak wygląda fragment jego biografii z tego złego okresu: W 1836 wrócił do Busseto, gdzie podjął pracę nauczyciela muzyki, tego samego roku ożenił się z córką swojego mentora, Margheritą Barezzi. Z tego związku urodziło się dwoje dzieci: Virginia (1837-1838) i Icilio (1838-1839) Z przyczyn finansowych Verdi zdecydował się ponownie przenieść się do Mediolanu. Po śmierci żony, w 1840 Verdi ukończył swoją drugą operę, Un giorno di regno, wystawioną w tym samym roku w La Scali.

    Na szczęście, potem los mu sprzyjał, bo tworzył wielkie dzieła, a do tego w życiu kompozytora pojawiła się kobieta, która odmieniła jego los. Była to śpiewaczka Giuseppina Strepponi, z którą miał dwójkę dzieci.

    A my mamy „Nabucco”, na które czekam niecierpliwie…

    …trzymając piękny operowy bilet w ręce :)

    One są tam na pewno

     

    Tak sobie myślę, że one są tam na pewno; obserwuję z balkonu niebo, chmury, słoneczne promienie; one z pewnością gdzieś tam siedzą sobie, machają nogami, nucą, podśpiewują, grają na jakichś anielskich instrumentach. Zapewne patrzą na nas; kiedy trzeba interweniują, a kiedy trzeba …zaniechują interwencji; wtedy jest nam smutno…

    Tak sobie bajdurzyłam o aniołach i aniołkach letnim popołudniem, siedząc na balkonie w upalny sierpniowy dzień, patrząc w biele i błękity niebieskich przestworzy.

    Liczenie aniołków

    0

     

    Na słoneczny, piękny letni dzień niedzielę – słoneczny, wesoły, zabawny wiersz, który mi się napisał w sobotę :-)
    Tak więc dedykuję Wam sobotnio-niedzielne liczenie aniołków!

    Liczenie aniołków

     
    W chmurach setki aniołków, a czasem – tylko dwa.
    Jakie to sznurki Pan Bóg w swych boskich dłoniach ma?

    Zniżają lot jaskółki, o deszczu głoszą wieść.
    W chmurach tyle aniołków! Dziś jest ich chyba z sześć.

    Spełnia się przepowiednia. Niebo na deszcz ma chęć.
    Mokną w chmurach aniołki. Raz dziesięć, a raz pięć.

    Wychodzi słońce. Liczy deszczowe krople-łzy.
    W chmurach szukam aniołków. Siedzą na tęczy. Trzy!


    I pozdrawiam serdecznie :-)

    I życzę dużo uśmiechu i wielu miłych rzeczy dzisiejszej niedzieli i przez wiele następnych dni! A także …liczenia aniołków w chmurach :-)

    Książki a makulatura

     

    Byłam niedawno w szpitalu przy Katowickiej i czekając na lekarza oglądałam ulotki, dotyczące przede wszystkim zdrowia i chorób (albo odwrotnie: chorób i zdrowia), leczenia, profilaktyki, metod itp. Ale była tam też ulotka na temat segregacji odpadów. Bardzo pożyteczna, bo chyba z tą segregacją śmieci nie jest u nas najlepiej. Świadomość korzyści z recyklingu, korzyści szeroko rozumianych, jest na niskim poziomie, i myślę tu nie tylko o tzw. zwykłych ludziach, ale też o ludziach „niezwykłych”, czyli odpowiedzialnych z urzędu, zawodowo zajmujących się tym problemem. Od tych drugich zależy najwięcej, oni mają środki i możliwości, i oni mogą, wręcz mają obowiązek, oddziaływać na obywateli. Czyli poszerzać ich wiedzę i ułatwiać im praktycznie segregowanie odpadów!

    Ta szpitalna ulotka jest bardzo fajna, choć zastanawiałam się, dlaczego szpital taką produkuje, ale ostatecznie to nie ma znaczenia, jeśli efekt będzie dobry.

    Kiedy czytałam sobie tę ulotkę, zastanowiło mnie i zaskoczyło coś w części „SEGREGUJ PAPIER (makulaturę)!”. Jakiego rodzaju papier nie może być makulaturą – to wiedziałam, o tych zszywkach też (zawsze usuwam), ale jest tam też napisane, że do recyklingu nie nadają się… twarde oprawy książek. Tego nie wiedziałam. Dlaczego się nie nadają? Ciekawe.

    Oczywiście, pomijam fakt, że żadna książka nie powinna kończyć jako makulatura, tylko zawsze być sobą, czyli książką. Ale to chyba tak w stu procentach jest niemożliwe, prawda?…


    • RSS