reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

    Bajka o niezapominajkach

     

    Na początku sierpnia dostaję majowe pozdrowienia! Ciekawe, prawda? Ale to są życzenia i pozdrowienia od Mai, a Maja ma prawo pozdrawiać Majowo w każdym miesiącu!

    Więc wspominam, za sprawą Majowych pozdrowień, o miesiącu maju.

    Maj to dla mnie miesiąc bzów i konwalii, miesiąc zakochanych i pierwszego powiewu …lata. Już czujemy, już przeczuwamy, a właściwie wiemy, że przed nami naprawdę ciepłe, cudowne letnie dni. Że już niedługo pójdziemy na urlop, a na urlopie pojedziemy na wczasy, na obóz, na plener, na wycieczkę, na choćby krótki wypad… Albo pobędziemy, poleniuchujemy trochę w domu, co też może być słodkie!

    Ale teraz jeszcze maj, który jest dla mnie także miesiącem niezapominajek! One też kwitną krótko, trzeba uważać, by ich czasu nie przegapić; błękitne jak niebo w pogodny dzień, delikatne, malutkie, mało efektowne w porównaniu z innymi ekspansywnymi kwiatami, mają w sobie jednak wiele uroku. I jaką śliczną nazwę!

    Niezapominajki przypomniały mi z kolei o starym, dawnym wierszyku, wpisywanym czasem do dziewczyńskich pamiętników.  Bo pamiętniki miały służyć pamiętaniu,  czyli NIEZAPOMINANIU. W wierszyk był taki:

    Niezapominajki
    są to kwiatki z bajki.
    Rosną na potoczkiem
    i mrugają oczkiem.
    Kiedy płyniesz łódką,
    śmieją się cichutko
    i szeptają skromnie:
    Nie zapomnij o mnie!

     

    Dzisiaj więc chcę wszystkich bardzo sierpniowo, wakacyjnie pozdrowić i poprosić o NIEZAPOMINANIE – pamiętajcie o sobie i o swoich bliskich, o rodzinie bliższej lub dalszej, a także  o przyjaciołach, kolegach i znajomych, których – nawet po miesiącach czy latach – warto wspomnieć, przypomnieć ich sobie i im o sobie, może warto do nich napisać list albo choćby kartkę ze zwykłymi życzeniami (ale będzie niespodzianka i jakie zdziwienie – przecież to nie Wielkanoc ani Boże Narodzenie!), może wysłać maila albo sms-a, warto do nich zatelefonować, pogadać chwilę, a może nawet umówić się na spotkanie, zaprosić w odwiedziny. Warto „naszym” ludziom powiedzieć, że ich kochamy, lubimy, cenimy.

    Nie zapominajmy o sobie nawzajem.

    P.S. Piszącej powyższe słowa można powiedzieć: przyganiał kocioł garnkowi! Niestety, i ja nie jestem wolna od grzechu zaniechania wspominań i pamiętań…

    P.P.S. Takie niezapominajki spotkałam w maju tego roku, i oprócz tych „prawdziwych”, błękitnych jak niebo w pogodny dzień, również takie „nietypowsze”, takie jakieś niezapominajkowe mutanty, czyli niezapominajki prawie  różowe.

    Są wakacje

    0

     

    Są wakacje. Tak, wiem. To nie jest żadne wielkie odkrycie, ale piszę w ten sposób dlatego, ponieważ:

    Są wakacje, więc w miejskiej bibliotece publicznej przy Minorytów można wypożyczyć książki nie tylko z wypożyczalni, lecz także z działu informacji naukowej.

    To ważna informacja, a dowiedziałam się o tym „procederze” trochę jakby przypadkiem. Zamówiłam bowiem książkę, którą ktoś czytał i wiadomość o jej zwrocie i możliwości wypożyczenia miała przyjść na mojego maila. Tak też się stało, jednak nie było mnie w Opolu i nie mogłam książki odebrać, więc po dwóch bodajże dniach znowu dostałam wiadomość. Tym razem o tym, że przetrzymana dla mnie książka jest z tego przetrzymywania wycofana. I słusznie, bo już znalazła nowego czytelnika – kiedy tego samego dnia, ale po południu, zapytałam telefonicznie, czy może jeszcze jutro mogłabym ją odebrać, już była wypożyczona przez kogoś innego. I wtedy dowiedziałam się, że być może jest drugi egzemplarz w dziale informacji. I tam właśnie można ją wypożyczyć. Bo są wakacje. Bo tylko w czasie wakacji można wypożyczyć książki, które są sobie w dziale informacji naukowej i są tam w czasie niewakacyjnym niewypożyczalne. Co prawda można je dostać tylko na dwa tygodnie, czyli krócej niż z wypożyczalni, ale zawsze…

    I książkę mam: piękna, czysta, nietknięta, bo też z działu informacji; niezbrukana czytelniczym okiem, palcem ani inną częścią ciała, nieskalana czynnością czytania czy pisania (czyli w mojej opinii bezczeszczenia, chodzi o pisanie po książce, oczywiście), tudzież innych czynności, które z książką można wyczyniać – a o tym, co z książką można robić i co książce może się przydarzyć podczas obcowania z istotą ludzką dowiadujemy się właśnie z tejże książki!

    Bo to „Książka o czytaniu” Justyny Sobolewskiej. Świetna, świetnie się czyta, połknęłam ją jednym haustem, choć na raty. To jest taka książka, przy czytaniu której mówi się, myśli: oooo, ja też tak mam, ja też tak robię; o, kurczę, też tak zrobiłem (z zawstydzeniem); no to ja też tak zrobiłem (z dumą). To taka książka z „dopowiadaniem” – od siebie, bo kiedy autorka opowiada o tym, że np. jedni czytelnicy piszą, bazgrzą, zaznaczają, podkreślają, a inni są tym niecny procederem zgorszeni, to my od razu widzimy siebie, umiejscawiamy się w jednej albo innej grupie czytelników i dopowiadamy do treści książki własne historie, mówimy o swoich doświadczeniach z takim czy innym traktowaniem książek.

    Autorka opisuje zjawisko czytania książek z różnych stron, pokazuje różne aspekty czytania, opowiada o czytaniu i książkach, o stosunku do czytania i książek swoim, swojej rodziny, różnych autorów nieżyjących i nam współczesnych, przytacza cytaty, historyjki, dykteryjki, wymienia wielu autorów i wiele książek. „Książka o czytaniu” stanowi też swoisty spis „lektur nadobowiązkowych”; przy co drugim tytule myślimy: o, to muszę przeczytać!… A na końcu spis tych lektur, które występowały w każdym rozdziale, a potem jeszcze indeks autorów! No to i szkoda trochę, że nie ma indeksu tytułów, ale to już byłby nadmiar szczęścia.

    Momentami przeszkadzało mi w czytaniu to, że nie wiedziałam, czy autorka pisze o sobie i swoich doświadczeniach czy to jeszcze zdanie innego autora, bo chwilami granica gdzieś się gubiła, zacierała. Ale to drobiazgi, w porównaniu z szaloną przyjemnością czytania tej książki.

    Czytanie „Książki o czytaniu” nasuwa mi na myśl cytat z książki „Jak ocalić swoje życie”, którą przeczytałam jakieś …wiele lat temu. Jej autorka, Erica Jong pisze tak: „…psychoanaliza jest jak chińskie jedzenie. Dwie godziny później czuję się znowu głodna.”

    Połykam „Książkę o czytaniu”, po kilku dniach właściwie nie pamiętam, co czytałam, więc przeglądam ją jeszcze raz, i znowu w nią wpadam, znowu mnie pochłania, fragmenty czytam tak, jakbym ją miała pierwszy raz w rękach, dziwne. Chyba napiszę własną książkę o czytaniu albo coś w tym rodzaju.

    No i są wakacje, jeszcze cały miesiąc. Spędzajmy go wakacyjnie i wiedzmy, że książkę można wypożyczyć nie tylko w wypożyczalni.

     

     

    Zapisz

    Wyprawa

    0

    Wyprawa

     

    Umówmy się, że przeszłość nie istnieje. Zginęły miasta,
    w których mieszkaliśmy, nie ma tych ulic, imion ani twarzy.
    Zniknęły kawiarnie i więzienia, szepty i wiersze, i muzyka.
    Już żadna natarczywa melodia nie wywołuje obrazów.
     
    Umarły filozofie i idee i kłótnie, słowa niejednoznaczne
    i zdania, w których czasem było o jedno słowo za dużo.
    Załóżmy, że okręt przybija dziś po raz pierwszy
    do wierzei naszych światów i pełen jest egzotycznych
     
    obietnic, nieznanych rytuałów, tajnych obrzędów
    i sakramentów, że przywozi życiodajne korzenie
    i obietnicę zdobycia innych wtajemniczeń.
     
    Załóżmy, że. Wyobraźmy sobie. Może więc warto
    już dziś skończyć i zacząć się uczyć życia od nowa.
     

    Ten wiersz został wyróżniony w II Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Z. Krukowskiego, zorganizowanym przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Nowej Rudzie. Znalazł się dzięki temu w tomiku pokonkursowym, który dostałam pocztą kilka dni temu. Bardzo ładna książeczka, zatytułowana „do podawania na zimno”, z ciekawym zdjęciem na okładce. Zdjęcie przedstawia zbliżenie twarzy, rzeźbę, dość sfatygowaną, spatynowaną, może kobiety?, dziewczyny?, dziecka?, anioła?, trudno określić, a nie znalazłam żadnej informacji, co to za rzeźba, skąd, czyjego autorstwa.  Tytuł „do podawania na zimno” nosi też wstęp autorstwa Karola Maliszewskiego, ciekawy?, inny?, dziwny?, też trudno określić. Przy okazji, tytuł  książki i przedmowy to fragment tytułu jednego z wyróżnionych drukiem wierszy, tekstu Martyny Łogin, „Człowiek do podawania na zimno”. Potem znajdujemy w tomiku informację o „statystyce” konkursu, a więc: na konkurs napłynęło 800 wierszy, jurorami byli K. Maliszewski, B. Michnik, T. Leśniowski, nagrodzonych zostało 5 osób (I, II, III miejsce i dwa wyróżnienia), wyróżniono 34 autorów drukiem w antologii pokonkursowej. Potem mamy już wiersze, ułożone alfabetycznie, więc wiersze osób nagrodzonych nie są wyróżnione, trzeba je wyszukiwać wśród wszystkich pozostałych; więc mój wiersz „Wyprawa” jest drugi w kolejności.

    Kiedy czyta się zamieszczone w książce utwory, trudno jest wyróżnić jakiś jeden czy dwa, czy kilka; można to oczywiście zrobić, wyróżnić te, które przypadną nam bardziej niż inne do gustu, ale nagrodzony mógłby w zasadzie być naprawdę każdy; może to świadczy o wysokim i jednakowym poziomie wszystkich wydrukowanych tekstów?

    Cieszę się bardzo tym wyróżnieniem. Skoro ktoś zauważył moje wiersze wśród ośmiuset innych, to jest to jakiś sukces. A załóżmy, że po wstępnej selekcji została połowa z tych nadesłanych, to znaczy, że spośród czterystu też się dały zauważyć, to jeszcze milej. I oto znalazłam się wśród trzydziestu czterech autorów, których warto pokazać w druku, w antologii – kurczę, fajnie! Tak sobie głośno myślę!

    Szkoda, że nie mogłam być w Nowej Rudzie na 26. Noworudzkich Spotkaniach z Poezją, szkoda, ale mam choć tomik z wierszami, niektórymi bardzo ciekawymi. A gdybym miała je określić jednym słowem, powiedziałabym tak: widzę, czuje w tych tekstach świadomość tragizmu istnienia, a po drugie – jakoś mi mało w tej poezji poezji.

     

    Oczywiście „Miasto czuwa” to tytuł wiersza.  Wiersz został przeze mnie napisany i przeze mnie jest czytany. Czytanie odbyło się dość dawno, choć nie pamiętam kiedy. Zapisanie czytania odbyło się przy użyciu mojego laptopa, ale nie wiem, w jaki sposób!… Filmik czy nagranie raczej, bo co to za filmik, znalazłam wśród starych plików, a dzięki pomocy pewnego młodego człowieka, bardziej obeznanego w internetach i yuotubach, wczoraj znalazł się w przepastnych i bezgranicznych zasobach obydwu wymienionych. To moje pierwsze dzieło na You Tube, więc bardzo się ciesze z tego w gruncie dość amatorskiego debiutu, ale może nie najgorszego!

    Teraz mogę zapraszać nie tylko do czytania, ale też do słuchania poezji. To fajne. Więc zapraszam. „Miasto czuwa” właśnie tu:

    „Miasto czuwa” pochodzi z tomiku „Czarna aureola” z 2009 roku, wydanego w Wydawnictwie Mamiko z Nowej Rudy.

     

     

    Dodaj komentarz

    Zapisz

     

    A propos Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, wsławionego m.in. „Zaczarowaną dorożką” z 1946 roku, wierszem dedykowanym jego żonie „Natalii – która jest latarnią zaczarowanej dorożki”, to powiedzieć muszę, że koniki i dorożki mają się dobrze i w niedzielę, czyli przedwczoraj, wyglądały tak, jak na zdjęciach poniżej! Osobiście przeze mnie – tak, tak – zrobionych!

    W IV części wiersza autor pisze tak:

    „Przystanęliśmy pod domem „Pod Murzynami”
    (eech, dużo bym dał za ten dom)
    i nagle: patrzcie: tak jak było w telegramie:
    przed samymi, uważacie, Sukiennicami:
    ZACZAROWANA DOROŻKA
    ZACZAROWANY DOROŻKARZ
    ZACZAROWANY KOŃ.
    Z wieży Mariackiej światłem prószy.”

    Moje pióropuszowe konie nie ciągną dorożki pod kamienicą „Pod Murzynami”, tylko pod Domem Włoskim, zwanym też albo  Kamienicą Włoską (bo budynek stał się swego czasu własnością Bractwa Włoskiego), albo Kamienicą Montelupich (od nazwiska jednych z pierwszych właścicieli, rzecz jasna). Kamienica znajduje się przy Rynku Głównym w Krakowie pod numerem 7, od którego nazwę wzięła znajdująca się tam restauracja. Co widać na zdjęciu. Sukiennice i Wieża Mariacka, wymienione w wierszu, też są w pobliżu, choć ich na zdjęciu nie widać…

     

    Naszła mię przy okazji oglądania tych fotografii refleksja na temat feminizacji zawodów.

    Spójrzcie, kto powozi krakowskimi dorożkami – kobiety! Są to więc zaczarowane dorożkarki! Takie czary… Takie czasy…

    Taki Kraków… Jak zawsze – zaczarowany i zaczarowujący.

     

     

    Napisz komentarz

    Zapisz

     

    Czytam właśnie „Poezje” K. I. Gałczyńskiego, książkę wydaną przez wydawnictwo Czytelnik w 1980 roku. I co chwilę oczywiście wzdycham z zachwytu nad poetyckością jednego czy drugiego opisu. Finezja, lekkość, jakaś przewrotność, powiedziałabym, i jaka poetycka wyobraźnia! Pięknie opisuje Paryż, lato, noc, a o księżycu w tak wielu odsłonach to można książkę napisać. Napiszę!

    A teraz fragment, który niedawno zapadł mi w serce, część wiersza „Spotkanie z matką”, który został napisany w 1950 roku, w leśniczówce Pranie (o roku i miejscu mówi informacja na końcu wiersza). Wiesz składa się z siedmiu części, każda jest na swój sposób wzruszająca, a  w tej pierwszej też noc, niebo gwieździste i nocne wspomnienia, przypomnienia o matce. I co nocą robi komar? Lamentuje! Czy to nie genialne? „Lamentuje nad uchem komar” – o natrętnym brzęczeniu komara tylko poeta może w ten sposób powiedzieć!

    I podoba mi się jeszcze ta szpilka od włosów znaleziona w trzcinach; taki mały kobiecy atrybut, a taki wielki symbol.

    Konstanty Ildefons Gałczyński

    Spotkanie z matką

    Ona mi pierwsza pokazała księżyc
    i pierwszy śnieg na świerkach,
    i pierwszy deszcz.

    Byłem wtedy mały jak muszelka,
    a czarna suknia matki szumiała jak Morze Czarne.

    Noc.

    Dopala się nafta w lampce.
    Lamentuje nad uchem komar.
    Może to ty, matko, na niebie
    jesteś tymi gwiazdami kilkoma?

    Albo na jeziorze żaglem białym?
    Albo fala w brzegi pochyłe?
    Może twoje dłonie posypały
    mój manuskrypt gwiaździstym pyłem?

    A możeś jest południową godziną,
    mazur pszczół w złotych sierpnia pokojach?
    Wczoraj szpilkę znalazłem w trzcinach –
    od włosów. Czy to nie twoja?

    Piękne wiersze w tej książce, obejmujące wybrane utwory poety od 1926 roku (miał wtedy 21 lat, był już po debiucie) do 1952 roku (roku jego śmierci). Ciekawe jest też to, że nie ma w niej żadnej wzmianki na temat autora, pochodzenia poszczególnych wierszy (z jakich tomików czy o pierwodruku), nic o sposobie wyboru wierszy, żadnego redaktora, nawet korektora; jedynie  podany jest autor obwoluty, okładki i karty tytułowej, przy czym na obwolucie widzimy niebieskie niebo i białe obłoki, czyli żadna rewelacja. Ale środek, jaki środek!

    A pamiętacie, że pisałam kiedyś o innym wierszu tego poety – „Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha”?

    Ekwilibrystyczne wiersze pisał ekwilibrystyczny poeta. Bo też poplątany był to człowiek, chyba jak większość ludzi genialnych i utalentowanych, poplątane miał życie. Tak czytamy na stronie wydawnictwa Znak o książce o nim, napisanej przez Annę Arno:

    „Kim był ten poeta, który zapisał się w zbiorowej pamięci wierszami o zaczarowanej dorożce, ogórku, który nie śpiewa, i Teatrzykiem Zielona Gęś? Zielonym Konstantym zakochanym na wieki w srebrnej Natalii? Oszustem, słodkim szarlatanem, sztukmistrzem wyciągającym wiersze jak króliki z kapelusza? Kpiarzem sypiącym fajerwerkami dowcipu? A może „psem na forsę” piszącym na akord dla tego, kto zapłaci? Postacią tragiczną, uwikłaną w nałóg i kolejne polityczne układy? Człowiekiem zdolnym oświadczyć się podczas wojennej tułaczki trzem kobietom naraz, gdy w domu czekała żona? A może „księżycowym facetem”, zakochanym przed wszystkim w poezji i muzyce? Książka Anny Arno odkrywa przed nami wszystkie te twarze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i jeszcze wiele innych. Podobnie jak jego poezja, mieni się wieloma odcieniami, obraz poety raz jest flamandzkim portretem, raz socrealistycznym plakatem, a innym razem karykaturą z „Przekroju”.”

     

    Ciekawie, prawda, aż chce się przeczytać… A może już przeczytaliście?

    Zdjęcie i opis książki Anny Arno „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pochodzą ze strony Wydawnictwa Znak http://www.znak.com.pl/

     

    Hmm, dziwny tytuł notki… Ale tak mi się napisało, samo, więc niech tak zostanie. Zwłaszcza, że tekst traktuje właśnie o tym, czyli o obrazach na mojej ścianie.

    Wracam tu po długiej nieobecności, a przyczyny mojego powrotu do tego zakątka czy kącika w wielkim oceanie internetowo-blogowym są dwie.

    Przyczyna pierwsza:

    Chwalipięctwo, ale i chęć podzielenia się radością.

    Otóż po wielu, wielu latach, wreszcie spełniłam, dokonałam, zrobiłam! Dawno temu byłam na plenerze literacko-plastyczno-fotograficznym w Ciechocinku i tam kupiłam kilka prac różnych autorów. Wśród nich cztery prace Tomka Starzyńskiego, abstrakcyjne drobiazgi wykonane tzw. techniką własną, które to drobiazgi bardzo mnie ujęły. Pięknie zapakowane leżały sobie w szafie, do której zaglądałam od czasu do czasu i je odwiedzałam: przyglądałam się, podziwiałam i mówiłam: muszę je oprawić, no muszę je oprawić… W końcu to zrobiłam! Hura! Teraz wiszą już na ścianie, we właściwej oprawie – nowe passe-partout, nowe ramy, szkło, porządna zawieszka z tyłu. Pięknie się prezentują, a ja stoję przed nimi, podziwiam, wyobrażam sobie różne historie, lasy egzotyczne w nich widzę, oligoceny i prekambry, tropikalne tajemnicze rośliny, zapisy książek, nut, muzyki, snów, zmyśleń, myśli zamknięte w kamieniu, mówiące kamienie, płaczące deszcze, ach, cuda…

    Zobaczcie sami…

    Przyczyna druga:

    W pewnym mailu dostałam taką oto ocenę mojego pisania na blogu, cytuję fragment:

    …podoba mi się Pani ciekawość świata i sposób, w jaki go Pani przedstawia – zachwyt dziełami sztuki, naturą, fascynacja człowiekiem i jego przeżyciami…

     Więc pomyślałam, że może jednak warto pisać, że może komuś na coś ta moja pisanina się przydaje, nawet jeśli tylko chwalę się i chwalipięcę, czyli piszę o… patrz przyczyna pierwsza :-)

    Dziękuję za dobre słowa, to zawsze balsam dla duszy, plaster dla serca, kompres dla umęczonej skroni; każdy z nas to zna, każdy potrzebuje.

    A wracając do przyczyny pierwszej, to muszę powiedzieć, że z Tomkiem od tamtej pory ciechocińskiej, miałam kontakt tylko raz; spotkaliśmy się przelotem w Opolu, nawet nie pamiętam przy jakiej okazji, bo na co dzień on jest w Brzegu, ale przez jego dzieła plastyczne wciąż jednak gdzieś się pojawia, przewija przez moje życie. To dziwne. A tu jego biogram, artystyczna życiowa droga; widziałam też, że ostatnio organizował wystawę prac swoich uczniów w brzeskiej galerii w ratuszu w Brzegu.

    Tomasz Starzyński to absolwent Liceum Plastycznego w Opolu i  malarstwa w Instytucie Sztuk Pięknych na Wydziale Sztuki WSP w Częstochowie (obecnie Akademia  im. Jana Długosza) w pracowni prof. Leona Macieja i prof. Włodzimierza Kuleja, a także studiów podyplomowych w zakresie grafiki warsztatowej w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu (dyplom w pracowni prof. Anny Janusz-Strzyż) oraz aneksu z malarstwa (w pracowni prof. Leszka Mickosia). Ukończył też historię na Uniwersytecie Opolskim. Od 1996 roku jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków Okręg Wrocławski. Uprawia malarstwo i grafikę. Jest autorem kilkunastu wystaw indywidualnych, m.in.: Częstochowa – Galeria „Emaus”, Kołobrzeg – ART Gallery, Opole – Galeria MBP „Na Cyplu”, Rzeszów – Galeria Turkus WDK. W latach 1995-2014 uczestniczył w 75 wystawach zbiorowych, m.in.: Częstochowa – „Rodzinny Dom” Wystawa Polskiej Sztuki Współczesnej, Lublin – Ogólnopolskie Triennale Akwareli, Toruń – Ogólnopolskie Biennale Małych Form Malarskich, Szczecin – Festiwal Współczesnego Malarstwa Polskiego, Nowy Sącz – Ogólnopolskie i Międzynarodowe Biennale Pasteli, Ostrowiec Świętokrzyski – Ogólnopolski Jesienny Salon Sztuki, Ostrów Wielkopolski – Ogólnopolski Salon Plastyki „Egeria”, Częstochowa – Międzynarodowa Wystawa Miniatury. Nagradzany i wyróżniany na przeglądach i konkursach. Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi w 2000 r.; w 1999r. – laureat I nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Nagrody Marszałka Województwa Podkarpackiego, w 2000 r. – nagroda Burmistrza miasta Brzegu. Jest nauczycielem w szkołach średnich w Brzegu. W latach 1995-2000 organizował Salon Sztuki „Zderzenia” w Brzeskiej Galerii Sztuki. Od wielu lat bierze czynny udział w licznych aukcjach charytatywnych na rzecz potrzebujących dzieci i ochrony zabytków organizowanych w Lubinie, Brzegu, Zielonej Górze, Żarach, we Wrocławiu. Jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych w Polsce i za granicą (m.in.: w Kanadzie, Norwegii, Francji, Niemczech, Szwajcarii i Austrii).

    Cieszę się, że jego prace znajdują się też w mojej prywatnej kolekcji.

    Ps. Niestety, galeria w naturze wygląda o wiele, wiele lepiej; zdjęcia w żaden sposób nie oddają tajemniczego uroku obrazów na mojej ścianie!

    Zapisz

     

    A tu miła niespodzianka. Jeden z moich wierszy wykorzystany został w filmiku „Autoportret” autorstwa Kingi Korasiak, studentki uczelni artystycznej w Raciborzu. To wiersz pod tytułem „Temat na życie” z tomiku „Kolekcjonerka”.

    Jak inaczej słyszy się własny tekst, czytany przez inną osobę, nie przez siebie! Jak nie własny.

    A film czarno-biały, oszczędny w środkach, smutny, na granicy przygnębienia, ale tym bardziej działający na wyobraźnię, sięgający gdzieś tam głębiej, dalej, mocniej.

    Myślę, że tutaj słowo i obraz  i muzyka świetnie się dopełniają, zresztą – zobaczcie sami:



     


    • RSS