reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

     

    Właśnie przeczytałam książkę Rafała Ziemkiewicza „Zgred”. Najpierw przyczepię się tytułu, bo go nie rozumiem; bo jest brzydki i jakoś w moim rozumieniu nie ma nic wspólnego ze środkiem książki; raz w tej książce przydybałam słowo zgred, ale to i tak za mało, żeby tak nazwać całą książkę. Poza tym nie mam zastrzeżeń – podobała mi się, przeczytałam z zaciekawieniem, w wielu miejscach dziwując się wręcz niepomiernie – i z takich czy innych,  różnych przyczyn to dziwowanie. Mogłabym całą serię takich miejsc wypisać i o nich napisać, może to i zrobię. Na razie jednak tylko o Księdze.

    Wracając do samej książki – jest ów „Zgred” dziwną, ciekawą mieszanką pamiętnika z pisarstwem politycznym, autobiografii z reportażem, lekkiego felietonu z poważnym, „ciężkim” esejem; autor robi to tak: pisze o żonie czy swojej wizycie u lekarza, albo o ojcu, a po chwili płynnie, niezauważalnie przechodzi do opisu sytuacji politycznej Polski albo historii jakiegoś polityka czy kogoś z kręgów „zbliżonych do dobrze poinformowanych”. To jest fajne, trudno byłoby się znużyć.

    W wielu miejscach pisze o moich, czytelnika doznaniach, w wielu miejscach chciałabym powiedzieć: podpisuję się pod tym obiema rękami i nogami! Chyba będę do tych miejsc wracała.

    I jeszcze jedna konstatacja: ta książka jest przeraźliwie smutna, strasznie, bardzo smutna. Pokazuje Polskę, rządzoną przez ludzi, którzy w ogóle nie dbają o swój kraj, obywateli tego kraju, tylko o zaspokojenie swoich własnych interesów; odkrywa kulisy władzy, nieprawość, nieuczciwość, cwaniactwo, manipulowanie, a z drugiej strony „naród głupi, co daje się łupić” (rymowanka moja, sama mi wyszła, ale oddaje to, co chciałam wyrazić!). Władza, wszystkie właściwie władze Polski, rządziły według zasady: rządź i dziel! – między swoich, oczywiście.

    W pewnym momencie Rafał Ziemkiewicz pisze:

    „I tylko notoryczni głupcy wciąż wierzą, że w Czarnych Górach w wielkiej jaskini leży Księga, gdzie się stronica po stronicy zapisują wszystkie ludzkie skargi, wszystkie krzywdy krzywdzonych i wszystkie zbrodnie zbrodniarzy, wszystka najprawdziwsza prawda, której żadna swołocz załgać ani zniszczyć nigdy nie zdoła.”

    Motyw Księgi, ukrytej w Czarnych Górach, pokazuje też Jan Gondowicz, krytyk literacki i tłumacz, w recenzji zatytułowanej „Metafora jako symptom”, w której to recenzji opisuje książkę Jarosława Fazana „Od metafory do urojenia. Próba patografii Tadeusza Peipera”. Jan Gondowicz w artykule swoim wychodzi jakby poza recenzowanie książki, pisze wspaniałe wspomnienie o Tadeuszu Peiperze, no i w ogóle erudycyjnie dotyka wielu tematów, zjawisk, nazwisk w literaturze. Czytamy w tekście J. Gondowicza tak:

    „O pięć lat drogi stąd, w Czarnych Górach, jest ogromna jaskinia. I w tej jaskini leży księga zapisana już do połowy. Nikt jej nie dotyka, ale stronica po stronicy sama się zapisuje co dzień. Kto pisze? Świat! Góry, trawy, kamienie, rzeki widzą, co czynią ludzie. Wiadome im są wszystkie zbrodnie zbrodniarzy i wszystkie cierpienia daremnie cierpiących. Gałąź gałęzi, kropla kropli, obłok obłokowi przekazuje aż do pieczary w Czarnych Górach ludzkie skargi i oto księga się zapełnia. Gdyby nie było na świecie tej księgi, to drzewa uschłyby z żalu i woda by zgorzkniała. Dla kogo pisana jest ta księga? Dla mnie”.

    Są to słowa zabójcy smoka Lancelota w sztuce Jewgienija Szwarca „Smok” z 1942 roku, opisujące tę swoistą „ideę kroniki powszechnych nieprawości”. „Ale nie Szwarc wymyślił tę Księgę. To odwieczna Gołubinaja Kniga z ruskich bylin. Gdy w 1937 roku wprowadzano w ZSSR stalinowską konstytucję, pochlebcy zwali ją tym właśnie nieprzetłumaczalnym mianem „gołębiej/głębinowej księgi”. Świadectwo, że każdy, kto otarł się o rosyjski folklor, musiał wiedzieć, o co chodzi.”

    No cóż, naród Rosji, od czasów carskich od średniowiecznych bylin, nieustannie kojarzy się z narodem do łupienia, więc musiał/mógł wymyślić sobie taką swoistą „książkę skarg i wniosków”.

    Ale jest chyba tak, jak pisze R. Ziemkiewicz: chyba tylko naiwni wierzą, że ona jest i że do czegoś kiedyś się przyda… A dowodem na to książka Olgi Tokarczuk „Podróż ludzi Księgi”. Oczywiście dowodem w dużym cudzysłowie!!!

    Czytałam te książkę bardzo dawno, trudna, mądra, dziwna jak niemal wszystkie książki O. Tokarczuk i gdybym miała dokładnie opowiedzieć jej treść, oj, ciężko by było. Ogólnie rzecz ujmując – grupa osób, w tym jedna kobieta, wybiera się w podróż, by odnaleźć Księgę – Księgę Życia, księgę Boga – nie do końca wiadomo. Po drodze prowadzą poważne filozoficzne dysputy, wątpią, spierają się, kłócą, ale idą, czasem w trudnych warunkach, i po drodze umierają, odchodzą, ci ostatni będąc już całkiem blisko celu, aż w końcu jest! Jest Księga! Tylko że znajduje ją Gauche, chłopiec nieumiejący pisać ani czytać, więc osoba najmniej powołana czy zdolna do tego, by pojąć rozmiar znaleziska-skarbu… Chłopiec odchodzi, Księga zostaje tam, gdzie była; znowu stulecia będzie czekała na odkrycie, a jeśli jakiemuś śmiałkowi się to uda, może ten będzie wiedział, co z nia począć.

    Chociaż …tylko notoryczni głupcy wierzą, że…

     

    Ps. Kilka dni temu zauważyłam, że mój tekst o czytaniu „Książki o czytaniu” Justyny Sobolewskiej znajduje się na stronie wydawnictwa Iskry, gdzie książka została wydana, w dziale Recenzje. To miłe, myślę sobie. Gdyby ktoś zechciał popatrzeć, to to jest tutaj: http://iskry.com.pl/literatura-piekna-poezja/477-ksiazka-o-czytaniu.html

     

    Artykuł J. Gondowicza znajduje się na stronie pisma „Teatr”
    http://www.teatr-pismo.pl/archiwalna/index.php?sub=archiwum&f=pokaz&nr=1612&pnr=69
    R. Ziemkiewicz, „Zgred”, Wyd. Zysk i S-ka, 2011, cytat ze s. 231.

     

    Koniec lata na zdziczałym balkonie to oczywiście parafraza tytułu tomiku Jarosława Marka Rymkiewicza „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie”. Ogrody to temat wracający w twórczości J. Rymkiewicza, czy to w poezji, czy w esejach; jeśli się mylę , jego praca dyplomowa (magisterska ? doktorska?) też była poświęcona ogrodom, nie pamiętam teraz dokładnie, chyba w czyjejś twórczości. Ale nie o tym chciałam. Chciałam o końcu lata, powolnym przybliżaniu się jesieni, o moim ogrodzie, dość szczątkowym, bo ogrodzie balkonowym, który zaczyna już teraz, na początku września jesiennieć, i oczywiście o oktostychach, które zawiera książka Rymkiewicza. Ten tomik to zbiór wierszy dotykających tak różnych spraw, osób, zjawisk, że aż niewiarygodne, że może stanowić całość, a do tego – jedność! Ale łączy je sposób patrzenia autora na te wszystkie rzeczy , sposób widzenia  przez niego świata i jego „zimnego piękna”, jak to określił kiedyś Eustachy Rylski, no i oczywiście sposób – bardzo specyficzny i powtarzający się we wszystkich tomikach Jarosława Rymkiewicza – opisywania tego świata. I nie chodzi mi tu tylko o rymowaną, tradycyjną formę wiersza, lecz mieszankę swoistą piękna i brzydoty życia, które składają się na nie, na to nasze życie i na życie w ogóle, składają się jednocześnie i nierozłącznie.

    I ta nieuchronna wielka niewiadoma, która towarzyszy nam za życia, przez całe nasze życie, a nawet po nim, ta mglistość i mgła, ta nicość i Bóg za nią czy w niej, niebyt, ale i wieczność, powstawanie i znikanie, tu marcinki i stokrotki, tu gnój…

    Ale ja chyba też nie o tym chciałam!…  Chciałam o jesiennieniu, o końcu lata. W ogrodach poetyckich J. M. Rymkiewicza i w ogrodzie moim, na balkonie moim, w kilku skrzynkach kwiatowych, w których już żółcieją, brązowieją liście, jak na koniec lata przystało.

    Poeta tak opisuje kończące się lato w jednym z oktostychów:

     

    Koniec lata w zdziczałym ogrodzie

    Vissi d’arte, vissi d’amore

                                                     Giacomo Puccini, Tosca, akt II

     
    Białe kwiaty hortensji upadły na trawę
    I teraz nie są białe lecz trochę żółtawe
     
    Na prawo jest czeremcha na lewo w zieleni
    Norweska jarzębina jeszcze się czerwieni
     
    Dalej winorośl – w sukni czerwonej jak Tosca
    Będzie naga i czarna po pierwszych przymrozkach
     
    To co zjawia się wiosną – jesienią gdzieś znika
    I jest cała moja tu problematyka

     

    A ja się cieszę, że to pojawianie się i znikanie to nie tylko moja „problematyka”, bo ja nie tylko ja, ale też inni ja mają. To niby lżej. Niby. I to odchodzenie lata w jesień, koniec tej „szczytowej” części roku, zawsze wzbudza we mnie smutek i nostalgię jakąś, choć wiem, że w przyszłym roku znowu nowe zjawi się wiosną.

    A mój balkonowy ogródek tez już się trochę zmienia. Wieloletni rojnik zakwitł (jak prawie każdego roku) i w środku lata tak wyglądały jego kwiaty.

    https://c1.staticflickr.com/9/8495/29275124232_e7fb92a41f_z.jpg

    Ale teraz, kiedy rozbujały się powoje-samosiejki, prawie go pod nimi nie widać.

    https://c1.staticflickr.com/9/8030/28747385503_098d7efa43_z.jpg

    Komarzyca – to taka brzydka nazwa, wolę już kadzidełko, bo zapach tej rośliny, która nota bene ma odganiać komary i muchy, nawet przy muśnięciu wydziela zapach podobny kościelnemu kadzidłu; tak więc ta komarzyca rozrosła się bardzo, z malutkiej sadzonki, kupionej na rynku.

    https://c1.staticflickr.com/9/8473/29260498862_d136c98025_z.jpg

    A tu posiałam z nasionek aksamitki, które z kolei nazwę mają ładną, a zapach niezbyt przyjemny…  Jak to dziwnie w życiu się składa. Późno je posiałam i niezbyt one dorodne, ale moje własne, więc – też ładne… I obok nich już bardzo jesienne, z pożółkłymi liśćmi powoje… I jest, jak mówi J. Rymkiewicz w wierszu „Afonia”:

    (…)
    Liście spadają lecą na jesiennym wietrze
    Szeptem mówi do ciebie poranne powietrze
     
    Oraz martwa jabłonka – ta przy dzikim winie
    I tak świat się tłumaczy w ostatniej godzinie

    https://c1.staticflickr.com/9/8261/29334991226_15856554d7_z.jpg

    https://c1.staticflickr.com/9/8601/29260504022_da2f2b1594_z.jpg

     

    Ps. A jak tam Wasze ogrody działkowe i balkonowe? Duże i małe? Zdziczałe i wypielęgnowane? Czy też wiatr nie tylko szumi w liściach, ale już w tych jesienniejących szeleści?

     

    Wiersze J. M. Rymkiewicza pochodzą z tomiku „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie”, Wyd. Sic!, Warszawa 2015; ss. 14, 16.

     

    Lekki letni oktostych

    0

     

    Napisał mi się przez niedzielę malutki-lekkutki oktostych, bo znowu poprzypominałam sobie wiersze-oktostychy dwóch Jarosławów, o których zresztą wspominam w moim wierszu. Obaj mistrzowie oktostychu i wierszy rymowanych, które niby niepopularne, a przeżywają chyba renesans. A trzeba zaznaczyć, że wcale aż tak łatwo i przyjemnie nie jest napisać mądry wiersz rymowany.

    Gdy mówię o mistrzach oktostychów to mam na myśli Jarosława Iwaszkiewicza, „ojca gatunku” (debiutował tomem zatytułowanym po prostu „Oktostychy”), i Jarosława Marka Rymkiewicza, autora przecudnych, przewrotnych oktostychów, zebranych w tomiku „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie”.

    Mój oktostych z końca lata dedykuję wszystkim, którzy „kocha, lubi, szanuje” poezję i okolice.


    Lekki letni oktostych
     
     
    Och, głupoty-tęsknoty. Co mam do roboty.
    Jak tu w słowach uwięzić dziennych spraw obroty.
     
    Nam smuteczki-bajeczki z pełnej śmiechu beczki.
    Nic tu nie pomoże i sto gram wódeczki.
     
    W rymach, rytmach, dystychach znajdę słodką niszę.
    Jarosławów dwóch tu swe okto-cuda pisze.
     
    Och, marzenia-przyśnienia. A tu świat z kamienia.
    W oktostychach się schowam jakby od niechcenia.

     

    Bajka o niezapominajkach

     

    Na początku sierpnia dostaję majowe pozdrowienia! Ciekawe, prawda? Ale to są życzenia i pozdrowienia od Mai, a Maja ma prawo pozdrawiać Majowo w każdym miesiącu!

    Więc wspominam, za sprawą Majowych pozdrowień, o miesiącu maju.

    Maj to dla mnie miesiąc bzów i konwalii, miesiąc zakochanych i pierwszego powiewu …lata. Już czujemy, już przeczuwamy, a właściwie wiemy, że przed nami naprawdę ciepłe, cudowne letnie dni. Że już niedługo pójdziemy na urlop, a na urlopie pojedziemy na wczasy, na obóz, na plener, na wycieczkę, na choćby krótki wypad… Albo pobędziemy, poleniuchujemy trochę w domu, co też może być słodkie!

    Ale teraz jeszcze maj, który jest dla mnie także miesiącem niezapominajek! One też kwitną krótko, trzeba uważać, by ich czasu nie przegapić; błękitne jak niebo w pogodny dzień, delikatne, malutkie, mało efektowne w porównaniu z innymi ekspansywnymi kwiatami, mają w sobie jednak wiele uroku. I jaką śliczną nazwę!

    Niezapominajki przypomniały mi z kolei o starym, dawnym wierszyku, wpisywanym czasem do dziewczyńskich pamiętników.  Bo pamiętniki miały służyć pamiętaniu,  czyli NIEZAPOMINANIU. W wierszyk był taki:

    Niezapominajki
    są to kwiatki z bajki.
    Rosną na potoczkiem
    i mrugają oczkiem.
    Kiedy płyniesz łódką,
    śmieją się cichutko
    i szeptają skromnie:
    Nie zapomnij o mnie!

     

    Dzisiaj więc chcę wszystkich bardzo sierpniowo, wakacyjnie pozdrowić i poprosić o NIEZAPOMINANIE – pamiętajcie o sobie i o swoich bliskich, o rodzinie bliższej lub dalszej, a także  o przyjaciołach, kolegach i znajomych, których – nawet po miesiącach czy latach – warto wspomnieć, przypomnieć ich sobie i im o sobie, może warto do nich napisać list albo choćby kartkę ze zwykłymi życzeniami (ale będzie niespodzianka i jakie zdziwienie – przecież to nie Wielkanoc ani Boże Narodzenie!), może wysłać maila albo sms-a, warto do nich zatelefonować, pogadać chwilę, a może nawet umówić się na spotkanie, zaprosić w odwiedziny. Warto „naszym” ludziom powiedzieć, że ich kochamy, lubimy, cenimy.

    Nie zapominajmy o sobie nawzajem.

    P.S. Piszącej powyższe słowa można powiedzieć: przyganiał kocioł garnkowi! Niestety, i ja nie jestem wolna od grzechu zaniechania wspominań i pamiętań…

    P.P.S. Takie niezapominajki spotkałam w maju tego roku, i oprócz tych „prawdziwych”, błękitnych jak niebo w pogodny dzień, również takie „nietypowsze”, takie jakieś niezapominajkowe mutanty, czyli niezapominajki prawie  różowe.

    Są wakacje

    0

     

    Są wakacje. Tak, wiem. To nie jest żadne wielkie odkrycie, ale piszę w ten sposób dlatego, ponieważ:

    Są wakacje, więc w miejskiej bibliotece publicznej przy Minorytów można wypożyczyć książki nie tylko z wypożyczalni, lecz także z działu informacji naukowej.

    To ważna informacja, a dowiedziałam się o tym „procederze” trochę jakby przypadkiem. Zamówiłam bowiem książkę, którą ktoś czytał i wiadomość o jej zwrocie i możliwości wypożyczenia miała przyjść na mojego maila. Tak też się stało, jednak nie było mnie w Opolu i nie mogłam książki odebrać, więc po dwóch bodajże dniach znowu dostałam wiadomość. Tym razem o tym, że przetrzymana dla mnie książka jest z tego przetrzymywania wycofana. I słusznie, bo już znalazła nowego czytelnika – kiedy tego samego dnia, ale po południu, zapytałam telefonicznie, czy może jeszcze jutro mogłabym ją odebrać, już była wypożyczona przez kogoś innego. I wtedy dowiedziałam się, że być może jest drugi egzemplarz w dziale informacji. I tam właśnie można ją wypożyczyć. Bo są wakacje. Bo tylko w czasie wakacji można wypożyczyć książki, które są sobie w dziale informacji naukowej i są tam w czasie niewakacyjnym niewypożyczalne. Co prawda można je dostać tylko na dwa tygodnie, czyli krócej niż z wypożyczalni, ale zawsze…

    I książkę mam: piękna, czysta, nietknięta, bo też z działu informacji; niezbrukana czytelniczym okiem, palcem ani inną częścią ciała, nieskalana czynnością czytania czy pisania (czyli w mojej opinii bezczeszczenia, chodzi o pisanie po książce, oczywiście), tudzież innych czynności, które z książką można wyczyniać – a o tym, co z książką można robić i co książce może się przydarzyć podczas obcowania z istotą ludzką dowiadujemy się właśnie z tejże książki!

    Bo to „Książka o czytaniu” Justyny Sobolewskiej. Świetna, świetnie się czyta, połknęłam ją jednym haustem, choć na raty. To jest taka książka, przy czytaniu której mówi się, myśli: oooo, ja też tak mam, ja też tak robię; o, kurczę, też tak zrobiłem (z zawstydzeniem); no to ja też tak zrobiłem (z dumą). To taka książka z „dopowiadaniem” – od siebie, bo kiedy autorka opowiada o tym, że np. jedni czytelnicy piszą, bazgrzą, zaznaczają, podkreślają, a inni są tym niecny procederem zgorszeni, to my od razu widzimy siebie, umiejscawiamy się w jednej albo innej grupie czytelników i dopowiadamy do treści książki własne historie, mówimy o swoich doświadczeniach z takim czy innym traktowaniem książek.

    Autorka opisuje zjawisko czytania książek z różnych stron, pokazuje różne aspekty czytania, opowiada o czytaniu i książkach, o stosunku do czytania i książek swoim, swojej rodziny, różnych autorów nieżyjących i nam współczesnych, przytacza cytaty, historyjki, dykteryjki, wymienia wielu autorów i wiele książek. „Książka o czytaniu” stanowi też swoisty spis „lektur nadobowiązkowych”; przy co drugim tytule myślimy: o, to muszę przeczytać!… A na końcu spis tych lektur, które występowały w każdym rozdziale, a potem jeszcze indeks autorów! No to i szkoda trochę, że nie ma indeksu tytułów, ale to już byłby nadmiar szczęścia.

    Momentami przeszkadzało mi w czytaniu to, że nie wiedziałam, czy autorka pisze o sobie i swoich doświadczeniach czy to jeszcze zdanie innego autora, bo chwilami granica gdzieś się gubiła, zacierała. Ale to drobiazgi, w porównaniu z szaloną przyjemnością czytania tej książki.

    Czytanie „Książki o czytaniu” nasuwa mi na myśl cytat z książki „Jak ocalić swoje życie”, którą przeczytałam jakieś …wiele lat temu. Jej autorka, Erica Jong pisze tak: „…psychoanaliza jest jak chińskie jedzenie. Dwie godziny później czuję się znowu głodna.”

    Połykam „Książkę o czytaniu”, po kilku dniach właściwie nie pamiętam, co czytałam, więc przeglądam ją jeszcze raz, i znowu w nią wpadam, znowu mnie pochłania, fragmenty czytam tak, jakbym ją miała pierwszy raz w rękach, dziwne. Chyba napiszę własną książkę o czytaniu albo coś w tym rodzaju.

    No i są wakacje, jeszcze cały miesiąc. Spędzajmy go wakacyjnie i wiedzmy, że książkę można wypożyczyć nie tylko w wypożyczalni.

     

     

    Zapisz

    Wyprawa

    0

    Wyprawa

     

    Umówmy się, że przeszłość nie istnieje. Zginęły miasta,
    w których mieszkaliśmy, nie ma tych ulic, imion ani twarzy.
    Zniknęły kawiarnie i więzienia, szepty i wiersze, i muzyka.
    Już żadna natarczywa melodia nie wywołuje obrazów.
     
    Umarły filozofie i idee i kłótnie, słowa niejednoznaczne
    i zdania, w których czasem było o jedno słowo za dużo.
    Załóżmy, że okręt przybija dziś po raz pierwszy
    do wierzei naszych światów i pełen jest egzotycznych
     
    obietnic, nieznanych rytuałów, tajnych obrzędów
    i sakramentów, że przywozi życiodajne korzenie
    i obietnicę zdobycia innych wtajemniczeń.
     
    Załóżmy, że. Wyobraźmy sobie. Może więc warto
    już dziś skończyć i zacząć się uczyć życia od nowa.
     

    Ten wiersz został wyróżniony w II Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Z. Krukowskiego, zorganizowanym przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Nowej Rudzie. Znalazł się dzięki temu w tomiku pokonkursowym, który dostałam pocztą kilka dni temu. Bardzo ładna książeczka, zatytułowana „do podawania na zimno”, z ciekawym zdjęciem na okładce. Zdjęcie przedstawia zbliżenie twarzy, rzeźbę, dość sfatygowaną, spatynowaną, może kobiety?, dziewczyny?, dziecka?, anioła?, trudno określić, a nie znalazłam żadnej informacji, co to za rzeźba, skąd, czyjego autorstwa.  Tytuł „do podawania na zimno” nosi też wstęp autorstwa Karola Maliszewskiego, ciekawy?, inny?, dziwny?, też trudno określić. Przy okazji, tytuł  książki i przedmowy to fragment tytułu jednego z wyróżnionych drukiem wierszy, tekstu Martyny Łogin, „Człowiek do podawania na zimno”. Potem znajdujemy w tomiku informację o „statystyce” konkursu, a więc: na konkurs napłynęło 800 wierszy, jurorami byli K. Maliszewski, B. Michnik, T. Leśniowski, nagrodzonych zostało 5 osób (I, II, III miejsce i dwa wyróżnienia), wyróżniono 34 autorów drukiem w antologii pokonkursowej. Potem mamy już wiersze, ułożone alfabetycznie, więc wiersze osób nagrodzonych nie są wyróżnione, trzeba je wyszukiwać wśród wszystkich pozostałych; więc mój wiersz „Wyprawa” jest drugi w kolejności.

    Kiedy czyta się zamieszczone w książce utwory, trudno jest wyróżnić jakiś jeden czy dwa, czy kilka; można to oczywiście zrobić, wyróżnić te, które przypadną nam bardziej niż inne do gustu, ale nagrodzony mógłby w zasadzie być naprawdę każdy; może to świadczy o wysokim i jednakowym poziomie wszystkich wydrukowanych tekstów?

    Cieszę się bardzo tym wyróżnieniem. Skoro ktoś zauważył moje wiersze wśród ośmiuset innych, to jest to jakiś sukces. A załóżmy, że po wstępnej selekcji została połowa z tych nadesłanych, to znaczy, że spośród czterystu też się dały zauważyć, to jeszcze milej. I oto znalazłam się wśród trzydziestu czterech autorów, których warto pokazać w druku, w antologii – kurczę, fajnie! Tak sobie głośno myślę!

    Szkoda, że nie mogłam być w Nowej Rudzie na 26. Noworudzkich Spotkaniach z Poezją, szkoda, ale mam choć tomik z wierszami, niektórymi bardzo ciekawymi. A gdybym miała je określić jednym słowem, powiedziałabym tak: widzę, czuje w tych tekstach świadomość tragizmu istnienia, a po drugie – jakoś mi mało w tej poezji poezji.

     

    Oczywiście „Miasto czuwa” to tytuł wiersza.  Wiersz został przeze mnie napisany i przeze mnie jest czytany. Czytanie odbyło się dość dawno, choć nie pamiętam kiedy. Zapisanie czytania odbyło się przy użyciu mojego laptopa, ale nie wiem, w jaki sposób!… Filmik czy nagranie raczej, bo co to za filmik, znalazłam wśród starych plików, a dzięki pomocy pewnego młodego człowieka, bardziej obeznanego w internetach i yuotubach, wczoraj znalazł się w przepastnych i bezgranicznych zasobach obydwu wymienionych. To moje pierwsze dzieło na You Tube, więc bardzo się ciesze z tego w gruncie dość amatorskiego debiutu, ale może nie najgorszego!

    Teraz mogę zapraszać nie tylko do czytania, ale też do słuchania poezji. To fajne. Więc zapraszam. „Miasto czuwa” właśnie tu:

    „Miasto czuwa” pochodzi z tomiku „Czarna aureola” z 2009 roku, wydanego w Wydawnictwie Mamiko z Nowej Rudy.

     

     

    Dodaj komentarz

    Zapisz

     

    A propos Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, wsławionego m.in. „Zaczarowaną dorożką” z 1946 roku, wierszem dedykowanym jego żonie „Natalii – która jest latarnią zaczarowanej dorożki”, to powiedzieć muszę, że koniki i dorożki mają się dobrze i w niedzielę, czyli przedwczoraj, wyglądały tak, jak na zdjęciach poniżej! Osobiście przeze mnie – tak, tak – zrobionych!

    W IV części wiersza autor pisze tak:

    „Przystanęliśmy pod domem „Pod Murzynami”
    (eech, dużo bym dał za ten dom)
    i nagle: patrzcie: tak jak było w telegramie:
    przed samymi, uważacie, Sukiennicami:
    ZACZAROWANA DOROŻKA
    ZACZAROWANY DOROŻKARZ
    ZACZAROWANY KOŃ.
    Z wieży Mariackiej światłem prószy.”

    Moje pióropuszowe konie nie ciągną dorożki pod kamienicą „Pod Murzynami”, tylko pod Domem Włoskim, zwanym też albo  Kamienicą Włoską (bo budynek stał się swego czasu własnością Bractwa Włoskiego), albo Kamienicą Montelupich (od nazwiska jednych z pierwszych właścicieli, rzecz jasna). Kamienica znajduje się przy Rynku Głównym w Krakowie pod numerem 7, od którego nazwę wzięła znajdująca się tam restauracja. Co widać na zdjęciu. Sukiennice i Wieża Mariacka, wymienione w wierszu, też są w pobliżu, choć ich na zdjęciu nie widać…

     

    Naszła mię przy okazji oglądania tych fotografii refleksja na temat feminizacji zawodów.

    Spójrzcie, kto powozi krakowskimi dorożkami – kobiety! Są to więc zaczarowane dorożkarki! Takie czary… Takie czasy…

    Taki Kraków… Jak zawsze – zaczarowany i zaczarowujący.

     

     

    Napisz komentarz

    Zapisz


    • RSS