reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

    Ogródek na balkonie

     

    Balkon to namiastka ogródka. Mój balkon też, to kawałek ziemi, zieleni, kwiatów; namiastka natury w środku miasta z cegły, betonu, asfaltu, kamieni. Teraz  na mojej namiastce uprawiam bratki.

     

    Tu kwitnąca bratkami wiosna, a tam, za szybą, wielkie wieżowce wielkiego miasta. Trochę przesady wkradło się do tego zdania… nie za szybą, tylko na szybie, przecież to odbicie jak w lustrze, wieżowce nie aż takie wielkie (ci, co widzieli Nowe Jorki, Hongkongi czy inne Dubaje wiedzą coś na ten temat), miasto też nie takie znowu wielkie (patrz choćby poprzedni nawias)…

     

     

    Ale ogródek ładny, bratki ładne, a dziś w nocy wyglądały tak:

     

    Pozdrawiam wiosennie, bratkowo!

     

     

    Wystawa Jerzego Beskiego „21 sztandarów” doprowadziła mnie do wiersza Adama Zagajewskiego „Wiemy, czym jest sztuka”. Wiersz pochodzi z tomu „Asymetria” wydanego przez Wydawnictwo a5 w 2014 roku. Ten wiersz przypomina mi mój pełen zaskoczenia zachwyt przy oglądaniu wystawy, a także niegdysiejsze zachwyty nad różnymi „sztukami”, czy to wierszem, utworem muzycznym, obrazem, zdjęciem, książką. I tak to właśnie jest, zobaczcie, przeczytajcie dwie pierwsze strofy tego wiersza.

    Adam Zagajewski

    Wiemy, czym jest sztuka

     
    Wiemy, czym jest sztuka, dobrze znamy uczucie szczęścia
    jakie nam daje, niekiedy trudne, gorzkie, gorzko-słodkie,
    a czasem tylko słodkie, jak turecki smakołyk. Cenimy sztukę
    bo chcielibyśmy wiedzieć, czym jest nasze życie.
    Żyjemy, ale nie zawsze wiemy, co to znaczy.
    Podróżujemy więc, albo po prostu otwieramy w domu książkę.
     
    Pamiętamy moment olśnienia gdy staliśmy przed obrazem,
    i pamiętamy też może, jakie obłoki płynęły wtedy po niebie.
    Drżymy słysząc jak wiolonczelista gra
    suity Bacha, gdy słuchamy, jak śpiewa fortepian.
    Wiemy, czym może być wielka poezja, wiersz
    napisany trzy tysiące lat temu albo wczoraj.

     

    Znamy takie emocje, uczucia, takie chwile i momenty olsnień i wewnętrznych, często nienazywalnych, trudno opowiadalnych, drżeń, prawda?

    Druga część utworu stoi w opozycji do wcześniej zacytowanej. Dwa jej pierwsze wersy opisują poza tym rzecz dla mnie niezwykłą, dlatego, że przydarzyła mi się wczoraj podczas koncertu w szkole muzycznej zespołu Blues Junkers. Wszyscy członkowie to wirtuozi swego gatunku, bo tak można powiedzieć o gitarzyście, klawiszowcu i perkusiście, nie mówiąc o Natalii Abłamowicz,  solistce, z nieprzeciętnym bluesowo-jazzującym pięknym, mocnym wokalem. I świetna atmosfera. A jednak… jak w wierszu… W czasie występu tego zespołu nagle odeszłam od muzyki, oderwałam się, zobojętniałam i odleciałam w jakieś dale dalekie, sytuacje mroczne, okrutne i okropne byty nieistniejące, aż dreszcz mnie przeszedł. Taka mała dziwna chwila, a potem znów byłam tu, gdzie byłam.

    A wiersz „Wiemy, czym jest sztuka” dalej brzmi tak:

     

    A jednak nie rozumiemy, dlaczego niekiedy na koncercie
    ogarnia nas obojętność. Nie rozumiemy, dlaczego
    niektóre książki zdają się ofiarowywać nam przebaczenie
    a inne nie kryją swego gniewu. Wiemy, a potem zapominamy.
    Z trudem tylko domyślamy się, dlaczego zdarza się, że dzieła sztuki
    zwijają się, zamykają jak włoskie muzeum w dniu strajku (sciopero).
     
    Dlaczego także nasze dusze zwijają się niekiedy i zamykają
    jak włoskie muzeum w dniu strajku (sciopero).
    Dlaczego sztuka milczy, gdy dzieją się rzeczy straszliwe,
    dlaczego jej wtedy nie potrzebujemy – tak jakby rzeczy straszliwe
    wypełniały świat całkowicie, kompletnie, po sam dach.
    Nie wiemy, czym jest sztuka.

     

    Początek i koniec. (Wiersza.) No tak, wiemy czy nie wiemy czym jest sztuka? Wiemy czy nie wiemy po co jest sztuka? Po co jest sztuka? Po co właściwie jest sztuka?

    Zastanawiamy się nad sztuką? A co z życiem? A może spytajmy inaczej, dalej, głębiej: a właściwie po co jest życie? Po co jest życie? Wiemy czy nie wiemy?…

     

    Adam Zagajewski, Asymetria, Wyd. a5, Kraków 2014; wiersz „Wiemy, czym jest sztuka”, s. 24-25.

     

     

     

    W Muzeum Śląska Opolskiego jedna z wystaw to „20 sztandarów” Jerzego Beskiego, znanego opolskiego artysty. Weszłam do sali ze sztandarami i – oniemiałam z zachwytu! Wiem, mocno powiedziane, ale tak chyba było rzeczywiście. Strasznie mi się podobają. Strasznie, czyli bardzo.

    Sztandary z różnych materiałów, przede wszystkim różnych tkanin, od ciężkich, grubo tkanych, gobelinowych,  po powiewne tiule (naprawdę poruszają się, drgają przy powiewie powietrza). A potem różne drobiazgi, rzeczy, przedmioty, czasem zaskakujące, dziwne, czasem z tzw. górnej półki, a czasem jakby wyciągnięte ze śmietnika. Bo tu jest to obrazek słodkiego putta, tam jakiś gruby patyk, podniesiony podczas spaceru; bo tu mamy medalik, aureolę i różę, a tam mamy – wywalony jęzor (przywodzący na myśl symbol Rolling Stones’ów), jakiś badylek, plastykowe opakowanie po czekoladkach z bombonierki (czyli też, co tu dużo gadać – śmieć), w końcu mało romantyczne i mało artystyczne jakieś …zwierzęce kopyto (sic!).

    A potem są zestawienia tych różnych różności, czyli targająca emocjami mieszanka wysokiego i niskiego, wyobraźni, dystansu, poczucia humoru, ironii, i jest cudne pomieszanie rzeczy i przedmiotów, ważności z nieważnością, lekkości z ciężkością, konkretu z symbolem. Sztandary zaskakują, szokują, rozśmieszają albo smucą, dają do myslenia.

    Oczywiście, skoro mowa o sztandarach jako dziełach sztuki, trudno nie wspomnieć o słynnych sztandarach słynnego Władysława Hasiora. Przy czym nie chcę porównywać prac obu autorów; sztandary to po prostu technika, którą obaj się posługują, i dlatego wystawa „20 sztandarów” Jerzego Beskiego przywiodła mi na myśl tamte sztandary Władysława Hasiora, powstające około pół wieku temu. Na marginesie, raczej rzadko można spotkać się z tą formą sztuki, prawda, czy mi się tylko tak wydaje?

    Tak czy inaczej, trzeba koniecznie zobaczyć sztandary opolskiego plastyka, sprawdzić, czy budzą w nas (w was) to, o czym pisałam. Wystawa trwa do 21 maja, więc jest jeszcze trochę czasu. Poniżej kilka zdjęć, na niektórych detale.

     

    Na ulotce przygotowanej na wystawę znalazły się słowa Jerzego Beskiego, opisujące poniekąd powstawanie, tworzenie się wystawy i pokazanych na niej prac. Przeczytałam ten odautorski komentarz dopiero po obejrzeniu wystawy i były to słowa, które pozwalam sobie zacytować:

    Przyszedł do mojej pracowni rzemieślnik, żeby wykonać niedużą usługę. Po jej zakończeniu przyglądał się mojej pracy przy sztandarze. „Czy Pan to sprzedaje?” zapytał. Odpowiedziałem, że tak, o ile znajdzie się nabywca. „A ile pan dostanie?” pytał dalej. Przyznałem, że nie wiem i bardzo możliwe, że nie dostanę nic. „To po co pan to robi?”  skwitował. Nie wyjaśniałem mu niczego, bo było oczywiste, że ma swoje racje wsparte nieubłaganą logiką.

    Moje racje są inne.

    • Przede wszystkim na obecnym etapie życia moja praca ma sens terapeutyczny. Opresji starości przeciwstawiam aktywność.
    • Odczuwam przesyt czystą abstrakcją, której tajemniczą poetykę drążyłem przez 8 lat. Sztuka abstrakcyjna wymaga rzetelnego, ścisłego programu, czyli swego rodzaju intelektualnej klatki, która po jakimś czasie zaczyna dotkliwie krępować.
    • Kilka lat temu zetknąłem się z obrazami Petera Breughla Starszego. Zachwyciły mnie i pomogły zrozumieć, że malarstwo jest sztuką opowieści.
    • Zawsze uważałem, że ważnym napędem twórczości jest chęć przygody i gotowość do podjęcia ryzyka.

    Rok temu wszystkie te elementy splotły się ze sobą tak szczęśliwie, że odważyłem się podjąć nowe wyzwanie. Postanowiłem tworzyć sztandary i w ten sposób wejść w dialog z widzami. Sztandary jako komunikaty niosące myśli, przeczucia, refleksje. Wachlarz treści otwarty: od surowej powagi po żart i błazeństwo. Środki ekspresji lakoniczne, skrótowe i symboliczne, operujące wyobrażeniami zderzanymi z przedmiotami rzeczywistymi.

    Tak więc, jak już wyżej powiedziałam, przeczytałam ten odautorski komentarz dopiero po obejrzeniu wystawy i pomyślałam sobie, że myślimy podobnie – autor, twórca sztandarów, i ja, odbiorca, widz. I pomyślałam też, że to cudownie!, że to radość dla obu stron, bo wiem (także z własnego doświadczenia) jak ważny jest dla artysty odbiór jego prac, odbiór sztuki, którą tworzy; z drugiej strony – jeżeli moje, odbiorcy odczucia pokrywają się z przesłaniem oglądanej, słuchanej czy czytanej sztuki – to to jest super!

    Twórca i odbiorca i relacje między nimi – temat odwieczny. Pojawia się w opowiadaniu Wojciecha Żukrowskiego „Przyjaciel z Luliczang”, zamieszczonego w zbiorze wschodnich, azjatyckich opowiadań zatytułowanym „Nieśmiały narzeczony”, który ostatnio przeczytałam. Zbiór wydany w 1965 r. w Czytelniku, zaś samo opowiadanie zostało napisane w 1952 r. Oto fragment „Przyjaciela z Luliczang”, który nasunął mi wspomnienie o wystawie sztandarów Jerzego Beskiego:

    (…) Był to ostatni obraz, którego nie dojrzał żaden z jego uczniów. Ale od owego dnia wydal się wszystkim tak prosty i jasny, jakby go od lat szalony przywoływał uderzeniami pędzla.

    Wszyscy mamy oczy otwarte, a tak niewiele widzimy. Koty muszą tydzień czekać, zanim przejrzą, za to potem widzą w ciemności.

    Patrzeć, zagłębiać się w dzieło sztuki, to współtworzyć z artystą. Skoro zaczynasz tropić w zmiennym nurcie życia – TAO – wieczną prawdę, choć umysł człowieczy niezdolny jej w pełni pojąć, jakąż radość głęboką daje samo przeczucie poparte zmysłami, że ona istnieje.

     

     

     

     

     

    Wojciech Żukrowski, „Nieśmiały narzeczony”, Czytelnik, 1965, s. 43 (podkreślenia w tekście moje).

     

     

    No i jakby to powiedzieć? No cóż, po prostu – sukces! Sukces! Sukces polega na tym, że wytrwałam! Przez 21 dni dzień w dzień dzielnie ćwiczyłam! Nie opuściłam żadnego dnia, świątku, piątku ni niedzieli, żadnego razu, nawet w czasie, kiedy dopadło mnie przeziębienie. Sukces polega też na tym, że pokonałam moją antysystematyczność, a z nią, z systematycznością, to u mnie krucho bywa… Pisałam zresztą w jakimś wierszu: „…systematyczność zaprzecza mojej naturze…”. A tu, proszę bardzo – dałam radę. Chodziło właśnie o te magiczne 21 dni, 21 razy, bo mówi się, nauki psychologiczne mówią, że żeby wyrobić w sobie nawyk, potrzeba powtórzenia jakiejś czynności 21 razy. Po 21 razach nasz organizm albo nasza psychika przyzwyczaja się do czegoś i kiedy tego czegoś sobie nie zapewnimy o określonej porze czy np. w określonych okolicznościach, zaczynamy odczuwać brak tego czegoś. Bo jesteśmy już niewolnikami nawyku!

    Łatwiej jest się przyzwyczaić do czegoś, co jest dla nas fajne, a ponadto jeżeli towarzyszy temu rytuał. Tak sobie myślę, że gdy przy piciu kawy towarzyszą nam stale pewne przedmioty lub czynności, związane z tym (ulubiona filiżanka albo kubek, konkretna łyżeczka, serwetka, mleczko do kawy, ekspres, sposób przyrządzania, miejsce, gdzie ją wypijemy), a do tego dołożymy książkę, którą kładziemy w konkretnym miejscu na stole i otwieramy po pierwszym łyku i wyciągamy z niej (jak zwykle i w określony sposób) zakładkę, a do tego dołożymy papierosa i związane z nim przedmioty i czynności (jak paczka, popielniczka, zapalniczka albo zapałki, gest wyciągnięcia papierosa z paczki, czynność zapalania) to nawyki te bardzo łatwo „wchodzą nam w krew”, bo same czynności i rytuały z nimi związane niosą z sobą przyjemność, nagrodę. A w tym przypadku niemal błogostan, bo wymyśliłam i połączyłam tu trzy cudowne nawyki: kawa, papierosy, czytanie… Czegóż więcej do szczęścia potrzeba?!

    Trudniej wyrobić w sobie nawyk wtedy, gdy trzeba robić coś, czego się nie lubi. Bo tu już ciało i duch większy stawiają opór, a często dość skuteczny, niestety…

    I tak było ze mną, ćwiczenia gimnastyczne to niezbyt lubiany przeze mnie obowiązek. Z obowiązku zresztą zaczęłam ćwiczyć i potrzeby, ponieważ zmusił mnie do tego ból ramion. Mam taki stary zestaw ćwiczeń, który już wiele razy mi pomagał i po który sięgałam w momentach tzw. trwogi. Ale nigdy nie wytrzymałam tak długo. Aż do teraz. Więc głośno krzyczę o sukcesie. Założyłam, że wytrwam te 21 razy i codziennie rano po śniadaniu zrobię ten zestaw 12 ćwiczeń, każde powtarzając po 15 – 20 razy. W końcu te kilkanaście minut dziennie mogę poświęcić sobie i swojemu zdrowiu.  A potem zobaczę, co dalej, tzn. czy już będę miała w sobie ten nawyk, czy mam już wyryte w mózgu czy w czymś takim, że muszę, chcę, idę, robię! Niestety, w 22 dniu, po śniadaniu, nie poczułam żadnego zewu. Nic. Ćwiczyłam, owszem, ale tylko dzięki autowymuszeniu i zdroworozsądkowym namowom i przemowom do samej siebie, a więc tak jak do tej pory. No i oj, smuteczek…

    Pomyślałam, że sposób 21 powtórzeń nie działa! Wobec tego kolejnego 23 dnia pomyślałam sobie, że dziś sobie odpuszczę, nie będę ćwiczyć, i tak sporo zrobiłam, dzielna byłam, to mogę sobie ten jeden raz podarować. I co się stało?! Jakoś nieswojo mi się zrobiło! jakoś tak: jak to nie ćwiczyć?, właściwie dlaczego?, to jakoś dziwnie nie iść do drugiego pokoju, nie wyciągnąć kartki z ćwiczeniami, nie otworzyć okna i nie zacząć machać rękami…

    Hmm, może jednak ta maszynka działa…

     

    Dwie Ofelie

    0

     

    Jedna Ofelia Wisławy Szymborskiej, druga – Renaty Blicharz, czyli moja! Hmmm, sama uważam to nieco za śmiałość, stawianie się w jednym rzędzie z tą wspaniałą poetką. Ale… Ale obie jesteśmy poetkami, obie poruszyłyśmy „ofeliowy” temat, obie napisałyśmy na tenże temat wiersz. Choć każda z nas inaczej popatrzyła na „sprawę Ofelii” – oczywiście, tu musi być cudzysłów, prawda, przecież mówimy o czymś wielkim, o wielowiekowej inspiracji dla artystów różnych dziedzin, o symbolu, którego znaczenie jest niezwykle szerokie i dotyczące wielu sfer naszego życia, wielu spraw istotnych, głębokich, ważnych. A tutaj tylko dwa przykłady jak różnie można „wykorzystać” ten szekspirowski motyw.

    Ten wiersz Wisławy Szymborskiej przyszedł do mnie wraz z jej tomikiem „Miłość szczęśliwa i inne wiersze”, a właściwie z wyborem jej wierszy o miłości, wydanym przez Wydawnictwo A5 w 2007 r.

    Ten wiersz przypomniał mi mój wiersz z tomiku „Kolekcjonerka” wydanego rok wcześniej, bo w 2006, w Wydawnictwie Antykwa z Kluczborka.

    Ten wiersz zaczarował mnie ostatnim wersem i niesamowitym połączeniem – słów „Non omnis moriar” (pochodzących z pieśni Horacego „Exegi monumentum”, czyli „Wybudowałem pomnik”, gdzie non omnis moriar oznacza dzieło artysty, które pozostanie nawet po jego śmierci, kiedy już go nie będzie) z miłością. „Non omnis moriar” znaczy „nie wszystek umrę”.

    No właśnie… Non omnis moriar z miłości…

     

    Wisława Szymborska

    Reszta
     
    Ofelia odśpiewała szalone piosenki
    i wybiegła ze sceny zaniepokojona,
    czy suknia nie pomięła się, czy na ramiona
    spływały włosy tak, jak trzeba.
     
    Na domiar prawdziwego, brwi z czarnej rozpaczy
    zmywa i – jak rodzona Poloniusza Córka –
    liście wyjęte z włosów liczy dla pewności.
    Ofelio, mnie i tobie niech Dania przebaczy:
    zginę w skrzydłach, przeżyję w praktycznych pazurkach.
    Non omnis moriar z miłości.
     
     
     
    Renata Blicharz
    Sen Ofelii
     
    Ofelia niespełniona
    zanurza ręce w wodzie
    zanurza w wodzie
    ciało po ramiona
    oddala się odchodzi
     
    ciemność do snu ją kołysze
    już za nią orszak ciszy
    i poetów
    jak sępy
    śpiewają pieśni
    tworzą mity legendy
     
    ach jacyż oni śmieszni
    myśli
    jest roztargniona lekko
    jest noc
    i życie wkrótce mi się przyśni
     
    że jakieś serce bić przestało
    śmieszni poeci
    doprawdy
    nic się takiego nie stało

     

    Wisława Szymborska, Miłość szczęśliwa i inne wiersze, Wyd. A5, Kraków 2007, s. 19.

    Renata Blicharz, Kolekcjonerka, Wyd. Antykwa, Kluczbork 2006, s. 24.

     

    Renata Blicharz

     

    Noli me tangere

     
     
    Piłat miał związane ręce, nie podpisał więc niczego.
    Tylko smutną zgodę wydał, na śmierć syna dał Bożego.
     
    Bo niechcący, mimo woli, bo go zmusił wymóg chwili,
    gdy pod oknem, pod urzędem głodni krwi i igrzysk wyli.
     
    To jest nic osobistego, życie takie zna przypadki.
    Wybór: człowiek albo ludzie nie jest prosty ani gładki.
     
    To przypadek był, los ślepy. Piłat miał związane ręce.
    Więc syn Boży niczym człowiek w strasznej musiał umrzeć męce.

     

    (11 lutego 2017 r.)

    Martin Schongauer (1450-1491),  Noli me tangere (1473) 
     

     

    Wielkanocna zdrapka

     

    A może z okazji Świąt Wielkiej Nocy dołożyć do życzeń zdrowego jajka, mokrego dyngusa, wiosennej wielkanocnej pogody wszelakiej, a także wszelakich błogosławieństw i pomyślności – życzenia powiększenia naszych zasobów pieniężno-finansowych? Czemu nie?

    Więc z nadzieją na powiększenie tych, o których powyżej, nabyłam drogą kupna Wielkanocną zdrapkę. Pewnie bym jej nie nabyła, wiedząc jakie są szanse na powiększenie tego, o czym powyżej, drogą zdrapkowania, ale jak zobaczyłam losy tej wielkanocnej zdrapki, nie mogłam się oprzeć!

    Te kolory pastelowe, te jajeczka-pisanki kolorowe, ten zajączek, te kwiatki i badylki, jednym słowem urzekający obrazek!

    No a ten zajączek!? Toż to obiekt do zakochania! Zobaczcie na te łapki obejmujące jajka, na jego minę, te oczka, te czerwone poliki, nos, ach, cudny wielkanocny zając!

    Na a te jajeczka, kwiatki, badylki! też ładne, prawda? no i poza tym, ta tajemnica za nimi… Po lewej stronie wygrywające symbole, hmm, co to może być? A po prawej stronie tzw. moje symbole, hmm, czy takie jak te wygrywające? Jeśli jeden z moich będzie taki jak jeden z wygrywających, powiększą się zasoby, o których powyżej…

    No tak, zgodnie z moją wiedzą i przeczuciami – trzeba mieć cholerne szczęście, żeby nasze zasoby, o których powyżej, powiększyły się poprzez zdrapkowanie zdrapki, nawet jeśli jest taka śliczna, jak ta wielkanocna.

     

    Ale cóż, trochę emocji było, trochę, bo za 2 zł, tyle, ile „zainwestowałam” w próbę powiększenia tych, o których powyżej!

     

    Alleluja!

    :-D

     

     

     

    Od 4  kwietnia 2017 r. Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Opolu, a właściwie jeden z jej działów, czyli Biblioteka Austriacka zaprasza na wystawę zatytułowaną

    KALIOPE Austria
    Kobiety w społeczeństwie, kulturze i nauce

    Wystawa jest jednym z elementów programu Wiosny Austriackiej. Jak informuje opis tego kulturalnego przedsięwzięcia na stronie biblioteki, wystawa ta w porządku chronologicznym opowiada dzieje arystokratek, artystek, dam prowadzących salony, aktorek, reżyserek, kompozytorek, śpiewaczek, uczonych, działaczek politycznych, aktywistek walczących o prawa kobiet. Obejmuje okres od początku XIX wieku po teraźniejszość. Wątkiem przewijającym się przez całą ekspozycję jest emancypacja kobiet, ze wszystkimi swoimi zwycięstwami i porażkami. Emancypantki odnotowały wiele sukcesów od czasu wolnościowego zrywu w epoce biedermeieru aż po XXI wiek. Ale też widać wyraźnie, że równouprawnienie nie zostało jeszcze w pełni osiągnięte i że nadal jest sporo do zrobienia.

    Byłam na wernisażu. Wystawę można oglądać do 12 maja 2017 r., w czytelni na pierwszym piętrze, stanowią ją tablice ze zdjęciami i informacjami na temat wyżej wymienionych kobiet. Podczas wernisażu studentki filologii germańskiej Opolskiego Uniwersytetu przedstawiły krótki program muzyczno-literacki w języku niemieckim. Wpadło mi w ucho powiedzenie, które szybko zanotowałam, żeby mi nie umknęło. Co wyglądało tak:

     

    Przetłumaczyłam te słowa tak: Szczęście mężczyzn nazywa się: chcę. Szczęście kobiet nazywa się: on chce. Czasem jeszcze dzisiaj ten rodzaj szczęść męsko-damskich można zobaczyć. A ja bym zmieniła szczęście w pierwszym zdaniu na prawo, a szczęście w drugim zdaniu na obowiązek, tak też byłoby ładnie…

    Das Glück des Mannes heisst: ich will. Das Glück des Weibes heisst: er will. – tak powinien brzmieć ten cytat. Ale zanim to wiedziałam, chciałam spytać wykonawczynie tego montażu poetyckiego, kto jest autorem tych słów, ale dziewczyny szybko zniknęły po wernisażu; jednak bibliotekarka z Biblioteki Austriackiej powiedziała mi, że to słowa Fryderyka Nietschego. Nie byłam przekonana, taki ze mnie niedowiarek, zastanawiałam się, gdzie by tu znaleźć te słowa, gdzieś mi się tam kręciły po głowie, aż tu nagle patrzę, czytam, nie wierzę… jest Fryderyk Nietsche! Cytat sam do mnie przyszedł, taki mały cudek. Czytam „Szanghajską kochankę” Zhou Wei Hui, książka, w której atmosferę można wpaść i się w niej zapaść, książka, której każdy rozdział ma motto, cytat albo dwa cytaty. Bardzo lubię takie „wstępy” do rozdziałów.

    I właśnie jeden z rozdziałów miał za motto słowa Nietschego, choć są one tutaj nieco przeinaczone, bo brzmią tak: „Szczęście mężczyzny: zrobię. Szczęście kobiety: on zrobi. Nietsche”. Więc chińska pisarka wykorzystała w swojej powieści słowa europejskiego filozofa. Tylko czy jego słowa nie są nieco przeinaczone? W takiej formie raczej zupełnie zmieniają sens tych dwóch zdań. Z tym „robić” zamiast „chcieć”, wygląda mi to tak: mężczyzna jest dzielny, sprawczy, on robi, działa; a kobieta – jest głupia, mężczyzna za nią robi, jest leniwa, mężczyzna za nią robi, wyrachowana, mężczyzna za nią robi, niezdolna, mężczyzna za nią ….itd. To „robić” zamiast „chcieć” stawia kobietę i mężczyznę na zupełnie innych pozycjach względem siebie. Może ta zmiana jest skutkiem tłumaczeń, wielu tłumaczeń. Najpierw Nietsche został przetłumaczony z niemieckiego na chiński, potem książka z chińskiego, z języka w którym została napisana, na angielski, a potem z angielskiego przetłumaczono ją na język polski. Takie translatorskie koleje „Szanghajskiej kochanki” i cytatu z „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietschego.

     

    Aforyzmy na dobry dzień

     

    Dzisiaj dwa aforyzmy na dobry dzień. Aforyzmy mają to do siebie, że są genialne w swojej prostocie i w kilku słowach umieją oddać istotę rzeczy. Zobaczcie sami i …dobrego dnia!

     

    Rozluźnij się. Spokojnie. Z wyjątkiem życia i śmierci, nic nie jest tak ważne, jak się początkowo wydaje.

    :-)

    Życie składa się w dziesięciu procentach z tego,  co mi się przydarza  i w dziewięćdziesięciu procentach z tego,  jak na to reaguję.

    :-)

     

    Niestety, nie znam autorów żadnego z nich, mam je zapisane na jakichś karteluszkach tzw. niewiadomego pochodzenia…

     

    Konstanty Ildefons Gałczyński przekładał z różnych języków, a tu z francuskiego cudnej urody utwór, zatytułowany „Proza na dzień św. Katarzyna”, co jest bardziej prozą bardzo poetycką, niemal samą poezją, Louisa Aragona. To swoisty hymn na cześć francuskiej piosenki, nawet samej Francji, nawet – idźmy dalej, czemu – na cześć życia w ogóle…

    Zresztą poczytajcie sami, jakie to ładne..

     

    Louis Aragon

    Proza na dzień św. Katarzyny

    Dopóki na dzieci nasze padać będą promienie zorzy porannej, dopóki róża będzie napełniać zapachem noc, dopóki jakieś serce zdolne będzie do oszołomienia, dopóki choćby jeden krok śpiewać będzie na szosie, dopóki zimą wspominać będziemy wiosnę, dopóki w głowie choćby jednego człowieka dźwięczeć będzie muzyczna fraza, a w pauzie tkwić słodycz podobna do umiłowanej kobiety, dopóki przemykać się będzie choćby kruszyna światła nad tym globem i jego przeznaczeniem…

    …ŚWIAT BĘDZIE NUCIŁ PIOSENKĘ FRANCUSKĄ…

    Dopóki w ostatnim domu ziemskiego globu trwać będzie choćby resztka ciepła i czułości, dopóki w ostatniej zniszczonej izbie człowieczej choćby odłamek lustra wspominać będzie urodę kobiety, dopóki ślad nagiej stopy na piasku nadmorskim świadczyć będzie o obecności istot z krwi i ciała, dopóki książka będzie dla oczu bramą marzeń, dopóki nie zostanie zniszczona i unicestwiona pamięć o takich rzeczach, jak katedra, most, fresk, karta pocztowa, proza św. Eulalii lub mowa nadchodzącego poety…

    …ŚWIAT BĘDZIE NUCIŁ PIOSENKĘ FRANCUSKĄ…

    Dopóki małe dziewczynki kołysać będą lalki, dopóki żyć będą bajki o Kopciuszku i o Śpiącej Królewnie, dopóki chłopcy będą się bawić w puszczanie „kaczek” nad brzegami rzek, dopóki będą imiona proste jak Jaś i Marysia, dopóki będziemy się bawić w chowanego, w ślepą babkę, w berka, w kotka i myszkę, dopóki będziemy wkładać migdał do tortu na dzień Trzech Króli, dopóki będziemy smażyć naleśniki w karnawale, dopóki maleństwa siadać będą do fortepianów, żeby odnaleźć melodię „Au clair de la lune”, dopóki będziemy wymawiać takie słowa, jak Izolda, Manon, Nana…

    …ŚWIAT BĘDZIE NUCIŁ PIOSENKĘ FRANCUSKĄ…

    Ale przede wszystkim, o przyjaciele, jakiekolwiek byłyby perypetie ludzkości, katastrofy kontynentów, monstrualne niespodzianki historii, jakiekolwiek będą nieprzewidziane przemiany człowieka opętanego cudami swego umysłu lub niezmierzonymi konsekwencjami tej potwornej partii szachów, granej o klucz do przyszłości; jakikolwiek będzie rozwój ludzkości wiecznie ciężarnej, Apokalipsy wiecznie rozpoczynanej, a przede wszystkim, o moi przyjaciele, dopóki wznosić się będzie podwójna harmonia cudownych antyfon, która w dwóch imionach wyraża cały naród, czyli w imionach Joanny z Arc i św. Fabiana, dopóty, bądźcie zupełnie pewni, słyszeć będziemy ją…

    …BO TO WSZYSTKO JEST PIOSENKA FRANCJI…

     Z adoracją i pokorą wobec dawnej Francji Wilona, prowansalskich trubadurów, polszczonych przez Edwarda Porębowicza, oraz Francji Ronsarda i Kochanowskiego – z francuskiego oryginału przełożył wdzięczny uczeń. K. I. Gałczyński

    1948

    I zwróćcie uwagę, jak ładnie Aragon mówi o książce: dopóki książka będzie dla oczu bramą marzeń.

    I zwróćcie uwagę na faksymile Konstantego I. Gałczyńskiego, jak na francuską modłę pisze „z”, kiedyś też tak pisałam…

     

     

    K. I. Gałczyński, Dzieła, t. 5, Przekłady, Czytelnik, Warszawa 1979, s. 249-254.

     


    • RSS