reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

    Upalne dni lata

    0

     

    W końcu zaczynają się prawdziwie upalne dni, lato w pełni, wakacje w pełni, dobre nastroje w pełni. Więc kilka oktostychowych strof dedykuję nam, wszystkim będącym w takich czy innych pełniach…

     

    Renata Blicharz

    Upalny dzień
     
    Od samego rana kurort w słońcu błyszczy cały.
    Kanikuły dni nastały, bezduszne upały.
     
    Cienie ciężkie, ociężałe leżą na trawnikach.
    Spacerowicz jeden, drugi gdzieś w pijalni znika.
     
    Już na klombach mdleją kwiaty, milkną drzewa, trawy,
    o pustyniach słodkich marzą w donicach agawy.
     
    Przy pijalni rześkich źródłach ochładzają twarze
    trzepoczące w drobnych dłoniach kolibry – wachlarze.

     

    Dwa cytaty dla Oli

     

    Na facebooku wrocławskiej Księgarni Wratislavia znalazłam dwa bardzo ładne cytaty o książkach. Chcę je zadedykować Oli i wszystkim, którzy lubią książki.

    Jarosław Iwaszkiewicz tak celnie uważa je za jedną z najlepszych rzeczy, które mogą nam się przytrafić podczas naszej marnej ziemskiej podróży; to podziękowanie bogom za zesłanie książek na nasz padół łez.

    Aforyzm Woltera nawiązuje trochę do tych książek, które dają nam czytelniczą przyjemność, tę największą, bo to one zapadają nam w pamięć; te inne są tylko jak przelotni koledzy i znajomi czy obojętni nieznajomi, z którymi musimy się czasem zadawać z konieczności, z życiowego obowiązku.

    Obie złote myśli dają nadzieję. Jest na świecie dużo pięknych książek, które nam się jeszcze zdarzą.

    Książko, najwierniejszy towarzyszu w podróży życia, milczący w nieszczęściu, gadatliwy w radości, mówiący tylko wtedy, gdy się słuchać pragnie – jesteś jednym z najcenniejszych darów, jakie nam zesłali bogowie na nasz padół!

    Jarosław Iwaszkiewicz

     

    Z książkami jest tak, jak z ludźmi: bardzo niewielu ma dla nas ogromne znaczenie. Reszta po prostu ginie w tłumie.

    Wolter

     

     Źródło cytatów i zdjęcia: https://www.facebook.com/KsiegarniaWratislavia/

     

    A wczoraj, 12 lipca 2017 roku, wernisaż wystawy obrazów Elżbiety Szołomiak, członkini Związku Polskich Artystów Plastyków Polska Sztuka Użytkowa.

    Obrazy można obejrzeć w Pałacyku Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej przy Piastowskiej w Opolu, do 31 lipca i myślę, że warto. Warto przyjrzeć się tym szerokim-wysokim płótnom, na których przede wszystkim egzotyczne pejzaże i scenki rodzajowe, inspirowane podróżami w dalekie krainy, ale też krajobrazy bliższych nam okolic, a także kwiaty i martwe natury. Dalekie krainy to Birma, Jawa, Sumatra, Nowa Zelandia, które powtarzają się w podpisach pod pracami. Bliższe nam to Francja i jej cudowna stolica oraz Szwajcaria.

    Artystka świętowała swoje 50-lecie pracy twórczej, choć nieco spóźnione, to i tak uroczyste, z tortem (pysznym) i lampką wina. Wszystkiego dobrego!

    A tu chciałabym pokazać kilka zdjęć z pracami artystki, które ujęły mnie szczególnie, czy to kolorami, kształtami, czy słowami – tu myślę o chińskich dżonkach. Samo określenie „chińska dżonka” jest egzotyczne, czarowne, pełne poezji. I zobaczcie, jak na tym obrazie królują i pysznią się chińskie dżonki – kolorem, kształtem, słowem…

    „Chińskie dżonki na morzu Południowo-Chińskim”

    „Motyw z Paryża, wzgórze Montmartre”

    „Martwa natura zielona”

    Detal z „Martwej natury zielonej”

     

     

    A zatem o dwóch czytelniczych przeciwnościach, czyli czytelniczym obowiązku i czytelniczej przyjemności.

    Kiedy zaczęłam się nad nimi zastanawiać, okazało się, że właściwie jest to temat rzeka, że można by o nich długo rozprawiać i pod różnymi względami, ujmując temat z różnych stron i różne aspekty uwzględniając. Bo już same te dwa określenia: obowiązek i przyjemność są tak ciekawe, że elaboraty, a nawet dysertacje całe, mógłby na ich temat napisać psycholog, socjolog, pedagog, historyk, nie mówiąc np. o seksuologu.

    A w powiązaniu z książką i czytaniem, obowiązek i przyjemność stają się pojęciami jeszcze ciekawszymi, jeszcze bardziej ponętnymi i pojemnymi.

    Pomyślałam sobie, przypomniałam sobie o starych, dobrych „Lekturach nadobowiązkowych” Wisławy Szymborskiej. Lektura to nie tylko książka, którą trzeba przeczytać i „przerobić” na lekcjach języka polskiego w szkole, lecz także synonim owej cudnej – dla niektórych oczywiście – czynności czytania. Z kolei nadobowiązkowy to taki, który oznacza coś ponad obowiązkiem, coś więcej niż obowiązek, ale wtedy, kiedy obowiązek sprawia nam przyjemność; tak więc z obowiązku, z konieczności czytamy, ale ponieważ lubimy ten nasz obowiązek, więc oprócz pozycji obowiązkowych, czytamy i te nadobowiązkowe, już dla samej przyjemności.

    Kiedyś czytałam czy słyszałam wypowiedź jakiegoś naukowca. Stwierdził on, że musiałby być idiotą, gdyby czytał to, co sprawia mu przyjemność, on czyta, musi czy też potrzebuje czytać to, co musi lub potrzebuje, więc jakieś powieściowe rzeczy, jakieś beletrystyki to strata czasu, to zabawa dla głupców. No cóż, tak też można. Kiedy jest się naukowcem, to może nawet tak trzeba. Gdy zastanowić się głębiej, to można dojść do wniosku, że właściwie to racja absolutna. Historykowi bardziej przydatna jest lektura książek historycznych niż czytanie romansu, prawda? Ale też nie dozna on czytelniczej radości przy nadobowiązkowej lekturze współczesnego kryminału na przykład…

    Ale my nie jesteśmy naukowcami, którzy muszą czytać książki przede wszystkim ze swojej dziedziny naukowej. My jesteśmy czytelniczymi amatorami, przy czym „amatorami” używam w bardzo pozytywnym sensie. Jesteśmy fanami książek, ich miłośnikami, czytamy książki dla szeroko rozumianej przyjemności czytania, która dla każdego może oznaczać co innego, co też jest już innym tematem. Piszę my, choć może nie powinnam wypowiadać się w „naszym” imieniu, a tylko w swoim własnym. Tak więc będę już o sobie, od siebie, a jeśli ktoś odnajdzie  w moich słowach choćby odrobinę siebie i swoich sądów, to super!

    Jednak nawet ja – nienaukowiec, mam własne, według własnych kryteriów ustalone, obowiązki i przyjemności czytelnicze. To nie są żadne konkretne reguły. Wymyślam je w tej chwili, trochę (bardzo) się przy tym bawiąc, bo przecież może się znaleźć na świecie ktoś, kto sobie takie reguły wytycza, jakiś dziwak, przecież dziwacy istnieją na świecie, więc te reguły to to, że będzie czytał tylko takie książki, w których np.: jest tylko pięciu bohaterów, jest narrator wszystkowiedzący, narrator jest jednocześnie bohaterem opowieści, jest najwięcej 300 stron, jest najmniej 150 stron, muszą być dialogi, nie ma dialogów,  jest wartka akcja, czas akcji to nie dawniej niż XX wiek, czas akcji to tylko XXI wiek, główną postacią nie może być kobieta, musi być kobieta, każdy rozdział musi mieć tytuł, rozdziały mają być oznaczone tylko numerem… itd., oj, chyba poleciałam, więc przestaję opowiadać głupoty… Wracam do tematu.

    Kiedyś czytałam wszystko, co wzięłam do ręki, tzn. kiedyś wszystko, co wzięłam do ręki przeczytałam do końca. Jeśli tylko zaczęłam czytać jakąś książkę, to musiałam ją skończyć, choćbym nie wiadomo jak psioczyła, że mi się nie podoba, że po co czytam takie głupoty, że po co się męczę, skoro nie tylko nie czuję, że fajnie, ale wręcz czuję, że niefajnie… Męczyłam się i czytałam do końca, z tego właśnie czytelniczego obowiązku, z tego właśnie miłośnictwa czytania i książek, z szacunku do książki jako takiej i jej autora, z tego jakiegoś wewnętrznego przekonania, że każda książka warta jest przeczytania, że zawsze znajdzie się fragment, jedno zdanie, jedna linijka, dla których warto, które porwą, przyciągną, spodobają się, jakoś zaczarują. Zresztą nadal tak myślę i twierdzę z całym przekonaniem. Mam trochę takich właśnie książek na moim czytelniczym koncie. Jedne czytałam z mniejszym bólem, z nadzieją, z ciekawością, i mimo wszystko z sercem – czy to dla samej książki, czy jej bohaterów, czy jej autora, czy też np. miejsca akcji, sposobu opisu, języka. Inne czytałam z większym cierpieniem, zżymając się na siebie: dlaczego ty to czytasz, po co, na co!?

    Ale teraz doszłam do wniosku, że jeśli książka jakoś mnie „nie wzięła” czy w jakiś sposób odrzuciła, to jej po prostu nie czytam, odkładam, z całym szacunkiem dla autora i jego pisarskiego trudu; nie wszystko jest dla każdego, prawda? Przecież książka, którą ja odkładam, znajdzie czytelnika, który się nią zachwyci. Tak działa wszechświat. A ja biorę inną książkę, która mnie się będzie bardzo podobać, podczas gdy odrzucił ja ktoś inny. Tak działa wszechświat (że się powtórzę).

    To teraz kilka przykładów takich książek, którym nie dał rady mój wewnętrzny czytelniczy obowiązek.

    Tak więc nie przeczytałam, choć zaczęłam, Doroty Masłowskiej „Kochanie, zabiłam nasze koty”. Przyciągnęła mnie ciekawa okładka, a z drugiej strony, czyli tylnej, blurby. Amerykańskich gazet, bo według „Washington Review” „Wciągające… i zabawne!”, według „New York Thighs” „Najśmieszniejsza powieść od czasu Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o braku seksu, a co boicie się zapytać.” A także wypowiedź samego Sławomira Mrożka (bo książka wydana w 2012 roku), który napisał dobrych słów kilka o zaletach pisarstwa Doroty Masłowskiej. A ja nic… A mnie nie wzięło… Czytam, czytam, i po kilku kartkach …odłożyłam.

    Inna książka, rekomendowana przez znanego literata. Poleciałam do biblioteki, żeby przeczytać. Przeglądam najpierw, kartkuję i kiedy natykam się po kilku pierwszych stronach na zdanie: „Czułem się, jak wyjebany na Księżyc.”, to myślę sobie, że chyba nie chcę czytać o przygodach bohatera, który czuje się jak wyjebany, bo mam dość tych wulgaryzmów na co dzień, na ulicy, w telewizji, w filmach. Nie, naprawdę nie muszę, nawet jeśli poprzez język bohater literacki ma przedstawiać współczesny świat. Taki współczesny świat to ja mam w autobusie miejskiej komunikacji, w którym razem ze mną podróżuje młodzież licealna.

    Kolejny przykład, kiedy skorzystałam z możliwości zaprzestania lektury, to książka Jacka Dehnela pod tytułem „Krivoklat”. „Krivoklat, wieloletni pacjent zakładów dla psychicznie chorych, obwołany przez austriacką prasę „kwasowym wandalem”, ma za sobą historię niszczenia dzieł sztuki w najsłynniejszych muzeach Europy. Powieść Jacka Dehnela, pastisz antymieszczańskiej twórczości Thomasa Bernharda, to przepojona czarnym humorem, wyrzucona na jednym oddechu opowieść o sztuce, miłości i człowieku, który nie boi się sprzeciwić społeczeństwu.” Tak pisze o książce wydawnictwo, i myślę, że to ciekawa lektura. Zresztą przeczytałam kilka fragmentów, bardzo ciekawych, bo o sztuce, o malarzach; przecież można się spodziewać wielu ciekawych rzeczy na ten temat, skoro książka o muzeach i dziełach sztuki, a wariat niszczący dzieła malarskie ma o nich zapewne nietypowe czy choćby dziwne sądy i opinie. Ale nie mogłam tej książki czytać dłużej niż chwilę, bo jest pisana jednym ciągem, ciurkiem, en bloc, bez żadnej przerwy, akapitu, żadnego odstępu, światła czy kawałka przestrzeni między wersami, żeby oko mogło odpocząć. To opowieść „na jednym oddechu”, wypełnia równomiernie całą przestrzeń kartki. Nie umiałam tego tekstu czytać, zrezygnowałam po kilku próbach, czego w przypadku tej książki akurat bardzo żałuję.

    Oczywiście, nie chcę przekreślać tych książek, mówię tylko, że ja z różnych powodów nie byłam zdolna ich przeczytać. Kiedyś miałabym wyrzuty sumienia, teraz mam tylko mały dyskomfort… Bo jednak gdzieś tam z tyłu głowy tkwi we mnie pytanie: a może za mało się starałam? za szybko sobie odpuściłam?

    Ale potem inny głos podpowiada mi i mnie rozgrzesza: jest tyle innych na świecie książek, które na mnie czekają, które też warto przeczytać i które są jedną wielką czytelniczą przyjemnością.

     

     

    Na półce z tomikami wierszy, na wprost mnie, przed moimi oczami stoi widokówka. Przedstawia jezioro Bełdany, położone na Mazurach w Puszczy Piskiej. „Pozdrowienia znad jezior” dostałam w ubiegłym roku od Ryszarda Klepackiego z Ełku, poety, autora głębokich, mądrych wierszy, darzącego mnie – z wzajemnością zresztą – wielką sympatią, o czym niejednokrotnie mówił i pisał. Ta kartka pocztowa to też dowód jego pamięci o mnie i sympatii. Pisze Rysio kilka słów, między nimi czarodziejskie: „Poezja od zawsze moim pokarmem”, co bliskie mojej duszy, pozdrawia poetycko, życzy osiągnięć twórczych. Miło.

    Sama pocztówka przyciąga oczy. Kolor wody lazurowy jak niejedno egzotyczne morze czy błękitna zatoka lub laguna, otoczone palmami, białe trójkąty żagli na wodzie, żółte plaże i zieleń lasu, za którym hen w dali widać też wody jeziora, tego z pierwszego planu czy też innego, to nie ma znaczenia, i ten błękitny wodny pas stanowi horyzont i tam, w tej dali łączy się z błękitnym (lecz inny jest to błękit) z niebem. Widok pokazany z góry, z lotu ptaka, z samolotu, może z balonu. Mnóstwo w nim przestrzeni i przestworzy, mnóstwo powietrza, rozmachu, wiatru, wolności, wezwania do podróży i przygody. Az chciałoby się tam znaleźć, pojechać tam, zobaczyć na własne oczy.

    I tu cały szkopuł. Bo kiedy tam się znajdziemy, to nie zobaczymy tego, co nam obiecuje pocztówka „znad jezior”. Bo zobaczymy to wszystko, ale w wielkim zbliżeniu, tylko fragmenty tego krajobrazu, poszczególne elementy, a jeśli nawet uda nam się ujrzeć na własne oczy daleką-szeroka przestrzeń, to i tak będzie to widok z zupełnie innej perspektywy. Na przykład z plaży, a nie z kosza płynącego wolno i majestatycznie balonu. Zapewne będziemy rozczarowani, może tak się zdarzyć. Żeby zobaczyć to samo, co widzi fotograf i co uwiecznia na swoim zdjęciu, które potem staje się pocztówką z pozdrowieniami albo do pozdrowień, musielibyśmy znaleźć się w tym samym miejscu, co on, i najlepiej w podobnych okolicznościach, co on, mam tu na myśli choćby porę roku czy porę dnia.

    O rozczarowaniu i zawodzie, które odczuwamy podczas podróży pisze Jacques Jouet w swojej książce „Mój piękny Autobus”.

    Jak ostatnio pisałam, Basile to główna postać opowieści, kierowca, on prowadzi autobus, Odile jest jego żoną, która jedzie razem z nim, Hans Martin to jeden z pasażerów, który przysiada się do Odile, trochę z nią rozmawia, trochę ją podrywa.

    I w książce taki fragment, który przypomniał mi rozmyślania, do których skłoniła mnie pocztówka od Ryszarda. Miejsca, które są wymienione w powieści to cudowne, wspaniałe miejsca, jedyne, niepowtarzalne, ale które wymagają podróży balonem, żeby na własne oczy zobaczyć i przeżyć ich wielkość i niebywałość, choć trzeba też w nich być i obejrzeć ich detale, zbliżenia poszczególnych elementów; wtedy podróż, przeżycie jest kompletne, tak mi się wydaje.

    Taki fragment:

    „Basile połyka kilometry, cierpi na bulimię, poruszając stopami i dłońmi, by pokazać Odile najsłynniejsze miejsca, kiedy pojawiają się na horyzoncie: Tasili Wan Ahdżar, Borobudur i groby dynastii Ming, góra Ise, Wyspa Wielkanocna, Mitla, Monument Valley, Ultima Thule, Wyspy Owcze, Grobla Olbrzyma, Mont Saint-Michel… Wielkie atrakcje turystyczne zawsze rozczarowują, Nie wiem, dlaczego. To mnie zastanawia.

     – Ja znam powód – mówi mi Hans Martin, który budzi się i przeciąga – znam go od dnia, w którym postanowiłem wrócić na miejsce mojego wielkiego zawodu. Te słynne atrakcje trzeba zobaczyć dwa razy. Za drugim razem rozczarowanie jest mniejsze. Odwiedźmy dwa razy każde takie miejsce, czyli dwa razy mniej wszystkich tych atrakcji. Rano, wieczorem. Jednego dnia i nazajutrz. Prześpijmy się tam, tak by zaśnięcie, senne marzenia i przebudzenie odbyły się w jednym miejscu. Jedzmy tam, żeby trawienie odbyło się w tym miejscu. Bądźmy świadkami różnych pozycji słońca nad tą wielką atrakcją.

    Patrzę na Hansa, który w końcu się do mnie odezwał, i uśmiecham się na znak, że mam podobne zdanie. (…)

    – Podróż to dla mnie coś innego – ciągnie Hans. – Coś innego niż zaspokojenie stanu oczekiwania. Bo wówczas rozczarowanie byłoby nieuniknione. „Zobaczyć Neapol i umrzeć” znaczy tak bardzo pragnąć ujrzeć ideę Neapolu i w końcu umrzeć z zawodu.”

    Do czego właściwie służą podróże?…

     

    PS. Ten biały „kleks” to refleks od lampy błyskowej, niestety; taki ze mnie fotograf…

    PPS. Te wymienione miejsca na świecie są naprawdę niesamowite, i z różnych przyczyn…

     

     

    Jacques Jouet, „Mój piękny Autobus”, Wyd. Lokator, Kraków 2013, s. 84.

    Pocztówka przedstawia jezioro Bełdany, autor: A. Stachurski, wydana przez Agencję Fotograficzno-Wydawniczą „Mazury” w Olsztynie.

    Czytelniczy obowiązek

     

    Z czytelniczego obowiązku, który jest przeciwieństwem czytelniczej przyjemności, przeczytałam książkę pod tytułem „Mój piękny Autobus”. Autorem książki jest Jacques Jouet, który – tu cytuję informację o nim, znajdującą na okładce publikacji – urodził się w roku 1947 na przedmieściach Paryża. Stara się być pisarzem z napędem na cztery kola: poezja, opowiadanie, powieść, esej. Nie lubi czystości: literatura nie jest czysta; język nie jest czysty; nawet pochodzenie nie jest czyste. Od roku 1983 jest członkiem OuLiPo (Warsztatu Literatury Potencjalnej), założonego przez Francois Le Lionnais i Raymonda Queneau. Książkę wydało Wydawnictwo Lokator z Krakowa. Moją uwagę przykuła okładka, bardzo prosta, „czysta”, bez żadnych ozdobników, biało-czarna, z tajemniczym rzędem cyfr, które są dodatkowo wybiórczo laminowane, czyli tło jest matowe, a cyfry są błyszczące. A także podtytuł: „Powieść”, zapowiadający …powieść.

    Z tyłu książki  umieszczone słowa autora, który zachęca do jej przeczytania, bo chyba po to o niej pisze i swoje przesłanie opisuje tak:

    „Mój piękny autobus” to powieść rozważająca możliwość powieści, jako dzieła sztuki. Opowiada o podróży autobusem ze wschodu na zachód Francji. Basile jest kierowcą. Odile jest jego żoną. Świat jest światem i jest wszędzie wokół. Teraźniejszość na miejscu szofera. Przyszłość widoczna przez przednią szybę. Przeszłość wyraźnie dostrzegalna we wstecznym lusterku.

    Podróż jest książką niemożliwą. Żeby powstała książka, muszę opuścić na palcach moją fikcję podróży, odnaleźć powolny marsz człowieka, który nie musi się już niczego obawiać ani nigdzie spieszyć, który nie musi nawet przyspieszać kroku, by odnaleźć to, co jest mu równie niezbędne jak woda.

    Wielka Historia nie jest nieobecna w tym, co opowiadane, ani w tym, co przemilczane.
    W czasach Blaise’a Pascala mówiono o namiętnościach, uczuciach, które zmieniają się w obsesję i mogą zrobić z nas niewolników. Lecz choć podróżujemy z Myślami Pascala, zadbaliśmy aby dopełnić je bajką Perraulta „Kot w butach”. Te dwie lektury sprawiają, że jesteśmy niezwyciężeni w naszym pięknym autobusie.

    Jacques Jouet

    No i zaciekawiona zaczęłam czytać,  no i z czytelniczego obowiązku przeczytałam. No i właściwie tyle mam na jej temat do powiedzenia…

    Oprócz kilku fragmentów, które mi się podobały, wciągających, ciekawych, całość nie porwała mnie; to pozycja  z rodziny lektur eksperymentalnych, pomieszanie narratorów, bohaterów, autorów, nie wiadomo kto, dlaczego, po co, kiedy, jak, chyba tego typu książek nie lubię.

    Może marudzę, każda książka warta jest przeczytania, od zawsze tak twierdzę. Pewnie dlatego ja przeczytałam, cały czas podczas czytania szukając tego jednego zdania, jednej linijki, dla której warto. Aż w końcu znalazłam.

    Poza tym znalazłam te określenia, które już od dawna zaprzątały moje myśli, czyli czytelniczy obowiązek i czytelnicza przyjemność, a właściwie to, co za nimi się kryje, pewne zjawiska, które określenia te definiują. Ale o nich napiszę przy następnej okazji, już wkrótce.

     

     Źródło opisu:
    http://www.lokatormedia.pl/category/zapowiedzi/

    Źródło zdjęcia: http://www.lokatormedia.pl/wp-content/uploads/2013/10/jacques_jouet_autobuswww.jpg

     

    Dwa albo trzy dni temu ogólnopolska telewizja (tudzież inne media całokrajowe) ogłosiła, że festiwal piosenki odbędzie się jednak w Opolu. Już nie w czerwcu, czasu się nie odwrócić, ale we wrześniu. I chwała Bogu! Cieszą się fani festiwalu i fani Opola, i fani polskiej piosenki, i inni ludzie też. Władza telewizyjna oraz władza miejska w postaciach prezesa i prezydenta (prezesa telewizji i prezydenta miasta, żeby ktoś nie pomyślał o innych!)  wygłosiły kilka mętnych zdań na temat dogadania się w sprawie tegoż festiwalu, i jest ok. Dobrze, że tradycji staje się zadość.

    A ja z okazji festiwalowej znalazłam w moim zadziwiającym niekiedy mnie samą archiwum konkursowe graffiti na temat „50 lat Festiwalu w Opolu”. Ta wyróżniona praca została opublikowana na łamach miesięcznika „Kultura w formacie A2” wydawanego przez opolskie stowarzyszenie OPAK. Znalazła się tam dzięki uprzejmości Muzeum Piosenki w Opolu, za co dzięki wznieść można, bo mogliśmy obejrzeć super ciekawą, pomysłową i śliczną pracę, bo jest na temat, bardzo merytoryczna, a tyle w niej lekkości! Jakby piórka fruwały w tej pracy, delikatne kreseczki. Mnie w każdym razie bardzo się podoba, dlatego chcę pokazać ją innym.

    Oczywiście praca nie jest anonimowa! Jej autorką jest Agata Wilkowska, która – tu cytuję informację o autorce, zamieszczoną pod jej pracą – „interesuje się ilustracją, grafiką warsztatową oraz techniką muralu. Pod jej kierunkiem odbywają się warsztaty, zachęcające do działań streetartowych. Artystka jest fascynatką starej polskiej szkoły ilustracji dziecięcej oraz malarstwa renesansowego, czego daje wyraz w swoich pracach”. Cytuję to wszystko, żeby pokazać sylwetkę artystyczną autorki, ale też dlatego, że i ja tym wszystkim się interesuję czy fascynuję, czyli ilustracją, grafiką, muralem, graffiti, streetartem, starą ilustracja dziecięcą,  choć, niestety, w przeciwieństwie do autorki – technik tych nie uprawiam, bo nie jestem artystką-plastyczką… i nie umiem…

    W 2013 roku Agata Wilkowska tak pięknie pokazała opolski festiwal piosenki w „Kulturze w formacie A2”, o tak:

     

     

     

     

     

     

    Śliczne te piórka i kreski, prawda?

     

    W maju pisałam o wystawie Jerzego beskiego  „20 sztandarów”, którą oglądałam w Muzeum Śląska Opolskiego. Wtedy, pamiętacie, weszłam do sali ze sztandarami i – oniemiałam z zachwytu! A wczoraj weszłam do Teatru lalki i Aktora przy Kośnego i oniemiałam ze zdziwienia! Bo moim oczom ukazały się znowu sztandary! Ależ się ucieszyłam; myślałam, że już ich nie zobaczę, a tymczasem one panoszą się, zdobiąc przestrzeń holu pierwszego piętra Teatrzyku. Choć w muzeum miały więcej przestrzeni, więcej oddechu, ale i tak wspaniale się prezentują na tle okiennej ściany, za którą widać, na ostatnim zdjęciu całkiem wyraźnie, budynki ulicy Kośnego.

    Kilka zdjęć dla przypomnienia.

     

    A tu trochę złota, złoconych, złotych i pozłacanych elementów, których trochę jest na tej wystawie.


    Na tej ekspozycji też można przeczytać odautorski komentarz do sztandarów. Oto jak Jerzy Beski objaśnia, podpowiada, sugeruje, podejmuje zaoczną rozmowę z odbiorcą sztuki:

    Rok temu wszystkie te elementy splotły się ze sobą tak szczęśliwie, że odważyłem się podjąć nowe wyzwanie. Postanowiłem tworzyć sztandary i w ten sposób wejść w dialog z widzami. Sztandary jako komunikaty niosące myśli, przeczucia, refleksje. Wachlarz treści otwarty: od surowej powagi po żart i błazeństwo. Środki ekspresji lakoniczne, skrótowe i symboliczne, operujące wyobrażeniami zderzanymi z przedmiotami rzeczywistymi.

     

    W filii biblioteki miejskiej na ZWM-ie (dawnym, bo teraz to dzielnica Armii Krajowej), która mieści się przy ul. Skautów Opolskich 10, w budynku MDK-u, kocia wystawa. Z okazji 70-lecia istnienia biblioteki w Opolu kot znalazł się w logo biblioteki, a wokół tego wizerunku napis: „Biblioteka z pazurem”, więc w ZWM-owskiej filii nr 17 wymyślono wystawę związana z kotem. I poproszono wszystkich plastyków, którzy kiedyś mieli tutaj swoje wystawy indywidualne o pokazanie jakiejś pracy, związanej z kociskiem, kocurem czy też inną kotką. I zrobiła się w ten sposób świetna wystawa – z kotem w roli głównej. Koty występują na niej w rozmaitej formie, różnych wielkościach, różnych materiałach, sfotografowane, wypalane, malowane, klejone, rzeźbione, szyte czy wypatchworkowane.

     

     

    Jest też kilka kotów „znajomych”. Czyli ich twórców. Mamy więc czarowne koty na czarownej akwareli Krysi Pierszkały, autorce wielu akwareli, ale i wierszy. Mamy kota z drewna z groźnymi wąsami i błękitnymi oczyma. Tego kota wyczarował Edward Pączek, autor rzeźb, karykatur, a także mojego portretu namalowanego kawą, o którym pisałam kiedyś.

    (można przeczytać tu:
    http://reniablicharz.blog.pl/tag/edmund-ponczek/)
    W końcu mamy obraz białego kota na kolanach dziewczyny w czarnej sukience z czerwonym tłem. To dzieło Oli Lubczyńskiej, która ma na swoim koncie niejednego kota, przewijającego się na jej klimatycznych obrazach i którą pamiętam z galerii BP Atelier Bolesława Polnara i czasów, kiedy pisała świetne relacje-recenzje z wystaw w tamtym niezapomnianym, urokliwym miejscu.

     

    Cudowne są te koty, takie kocie i kotowe!

     

    Przekwitają dzikie rzepaki. Zdążyłam im jeszcze zrobić zdjęcie, uwiecznić je w pełnym rozkwicie i w pełnej woni. Bo kwitnące na przełomie maja i czerwca rzepaki, wydają z siebie – zwłaszcza ciepłym, słonecznym popołudniem – taki przecudny aromat, zapach jedyny, miodny, duszący, słodki, ciężki, że można się w nim zatracić… Jedyny w swoim rodzaju. Mam to szczęście, że niedaleko mojego znajduje się takie rzepakowe poletko, obok którego każdego roku o tej porze przechodzę i zachwycam się morzem żółtych kwiatów i oczywiście tym zapachem. To nie są prawdziwe rzepaki, takie polne, z których robi się potem rzepak na olej rzepakowy, dlatego nazywam je dzikimi rzepakami. Może to nawet roślina z rodziny rzepakowatych, mająca własną nazwę, nie wiem. Ale ten mój dzikim przeze mnie nazwany, w pobliżu mojego domu, jest tak samo zachwycający jak ten polny, prawdziwy rzepak.

     

     


    • RSS