reniablicharz blog

    Poezja jest magiczną stroną życia. Życie może być poezją.

    W styczniu, po świętach

    0

     

    Kilka dni temu pomyślałam sobie, że 6. stycznia, kiedy obchodzimy Święto Trzech Króli, jest to dzień, który zamyka okres świąteczny. Nie wiem, czy jest tak rzeczywiście w jakichś kalendarzach, regulaminach czy oficjalnych tradycjach, ale ten dzień faktycznie jest jakąś granicą, po której zaczyna się „codzienność”, a odchodzą do pudeł świąteczne ozdoby, do wspomnień świąteczna atmosfera domów, sklepów i ulic, kiedy już wyjedzone z lodówek wszystkie poświąteczne smakołyki, a choinki …niepotrzebne.

    Po Trzech Królach zaczyna się prawdziwy styczeń. Taki poświąteczny styczeń znalazłam w tomiku „Nieoczywiste” w wierszu Marcina Świetlickiego, dosyć smutnym wierszu, jak – jak to się mówi – sam tytuł wskazuje. Ta książka z wierszami nosi tytuł „Nieoczywiste”, a podtytuły ma dwa: na okładce czytamy „Wiersze religijne według Wojciecha Bonowicza”, a na stronie tytułowej „77 wierszy religijnych Marcina Świetlickiego według Wojciecha Bonowicza”. Ten drugi bardziej mi się podoba, jest bardziej oczywisty (cokolwiek to znaczy, no i trochę a propos tytułu tomu). Książka pochodzi z 2007 roku, wydana została w Wydawnictwie EMG w Krakowie, a Wojciech Bonowicz dokonał wyboru wierszy, redakcji tomu i jest autorem wstępu, w którym dość szczegółowo wyjaśnia ideę powstania takiego religijnego tomu, inspiracje, trudności w jego komponowaniu i chyba też jakąś radość przy tej pracy… (A w 2016 roku rozmawiałam z Wojciechem Bonowiczem o książkach, bezpośrednio, i na żywo, i sympatycznie (?),  po spotkaniu autorskim z Justyną Sobolewską, które prowadził; o czym piszę, żeby się pochwalić, hmmm)

    „Pora śmierci choinek” – taki jest tytuł tego wiersza o styczniu po świętach. W styczniu choinki są biedne, niepotrzebne, widać czasem jak leżą obok śmietników, porzucone, smutne, samotne, ogołocone z ozdób, igieł, miłości, zachwytów, godności. Biedne chwilowe drzewka-zabawki.

    W tym wierszu Królowie wracają po spełnieniu misji; dokąd? Przeczytajcie sami…

    Albowiem – jak pisze we wstępie Wojciech Bonowicz –  „…nie jest dobrze, kiedy religia staje się zakładniczką rozmaitych „oczywistości” i staje się nadmiernie „oczywista”…”

     

    PORA ŚMIERCI CHOINEK
     
    Styczeń, pora śmierci choinek. Trupy rozebrane
    z łańcuchów i ozdóbek. Mnóstwo bohaterów
    porzuconych na śniegu. Zapomniana gwiazda
    pozostawiona, zaplątana między
    łysiejące gałązki. Bez blasku.
    Trzej królowie już w drodze powrotnej
    i nic ich nie prowadzi. Wracają do swoich
    rzezi. Dziś ostatni
    okruch ze świątecznego ciasta dostał się pod nogi
    i dzioby ptaków. To olbrzymie zwierzę, które wchodzi w takich
    momentach rycząc: ZAMYKAMY!
    KONIEC! KONIEC! być może jest podłe
    i godne nienawiści, ale przecież kiedyś,
    gdy będziemy zmęczeni zachodami – wschodami,
    lewą i prawą ręką, kocham cię – nie kocham,
    będziemy je przyzywać – i gdy wreszcie przyjdzie
     – przyjmiemy je z wdzięcznością.

     

    Wiersz Marcina Świetlickiego z tomiku „Nieoczywiste. Wiersze religijne według Wojciecha Bonowicza”, Wydawnictwo EMG, Kraków 2007, s. 80.

     

    Życzenia noworoczne

     

    Zamiast życzeń na Nowy Rok, a także zamiast postanowień na Nowy Rok – bo to często chodzi w parze – tym razem taki tekst, który dawno wpadł mi w ręce i wtedy bardzo mnie zachwycił! Jakiż trafny! Jaki o mnie! Jaki – jak u mnie i jak mam z sobą! No, może nie we wszystkim, ale w wielu, wielu punktach!

    Czy  ktoś z Was też się w tym odnajduje? ma np. takie buty, które cisną, ale tak trudno je wyrzucić, bo nowe przecież i takie ładne????!!!!! Walizkę bez jednego kółka też mam. Kurczę… A takich cosiów do napisania, przeczytania, zaniesienia i zrobienia – bez liku!!! I co robić? z tym? i z sobą? Cóż, chyba pójdę na spacer, pierwszy w tym roku i w tym styczniu, i w tym dniu.

    Ale z „won” i „wywal” nie należy przesadzać, mimo wszystko, chcemy mieszkać w mieszkaniach i domach, a nie sterylnych salach (szpitalnych). Więc do owego „wyrzuć to, co nie działa” podchodźmy z pewnym dystansem i bez zbytniej egzaltacji. Howgh.

    Jeszcze muszę małe post scriptum. Przepraszam autora/autorkę tego tekstu, że przytaczam ani źródła ani nazwisk, ale nie pamiętam, skąd wzięłam ten tekst; może z jakiegoś bloga, jakiegoś fb czy innego portalu, tak mi się wtedy spodobał, że go wydrukowałam i „oprawiłam” w długopisową ramkę; mam też nadzieję, że autor/autorka nie ma mi za złe, że go tu u siebie zamieszczam, wszak to dla dobra tych wszystkich, którzy zechcą go przeczytać, prawda?

     

    I jeszcze zapraszam do, hmmm, waham się nieco, czy mogę użyć takiego określenia, ale mogę – kącika rozkoszy, czyli czekolady, kawy, kolorowych kamyków, olejnych płócien, przytulnego światła lampy, poezji i miłości.

    O czym sejmikują wróble

     

    Przed samymi świętami napotkałam na swojej drodze krzew, ozdobiony siedzącymi na nim wróbelkami. Debatowały nad czymś zawzięcie, sejmikowały, obradowały na tym krzaku. Musiałam je uwiecznić!

    Wróble to miejskie ptaki, przystosowane do miejskiego tempa, do hałasu, ruchu, pędu samochodów, obecności ludzi. Umieją sobie znaleźć miejsca na swoje ptasie domy. Choć znawcy tematu twierdzą, że ich coraz mniej i że im coraz gorzej, bo mniej budynków z „dziurami”, czyli szczelinami między cegłami w dawnych kamienicach czy starszych blokach między betonowymi płytami; bo teraz wszystkie budynki się reperuje, uszczelnia, ociepla, co wróblikom nie sprzyja.

    Te wróble z moich zdjęć to bardzo miejskie ptaki, bo wróble z blokowiska! Dlatego na jednej fotce z innej perspektywy, na tle bloku. No i kiedy przechodziłam obok, wydawało mi się, że się mnie nie boją, w końcu i ja i one mieszkamy w wielkim mieście średniej wielkości… Ale i tak zbyt blisko nie dały do siebie podejść, zachowując odpowiednią podejrzliwość i ptasią płochliwość.

    O czym sejmikują? Myślę, że debatują nad świętami, które już nadeszły i są z nami. I z wróblami zresztą też.

    No to fruuuuu, wróbelki, do Nowego Roku, do wiosny, do krzaków pełnych liści i jagód, do nowych gniazd i wróblich pokoleń!

     

    Czytam wspaniałą książkę Agnieszki Kosińskiej „Miłosz w Krakowie”. Ileż tam rzeczy, spraw, opisów, sytuacji, ludzi, wydarzeń, ileż tam wszystkiego!!! O Czesławie Miłoszu, ale nie tylko! To dziennik, zapiski A. Kosińskiej, sekretarki-pomocnicy państwa Miłoszów. Wielkie dzieło, ponad 700 stron niezbyt wielkim drukiem, od 1996 do 2013 roku, jedne lata bardziej szczegółowe, inne mniej. Lektura fascynująca!

    A ja dziś o czymś, hmm, o czymś chyba dziwnym, w całej książce tak marginalnym, że samej mi trudno uwierzyć, że akurat o tym chcę pisać. Ale to chyba chodzi o wspólność przeżyć, podobność doświadczeń. To łączy, prawda?

    Poniżej kilka cytatów.

    Więc 9 listopada 2000, w czwartek Miłosz podczas śniadania, które zwykłe jadł łapczywie i szybko (jak wszystkie posiłki), wstał i runął na ziemię, ręką łapiąc powietrze. Było to około 9.30.

    Poeta zostaje przewieziony do szpitala, potem czuje się lepiej, a zmagania z pobytem w szpitalu A. Kosińska opisuje tak:

    Moja wizyta u doktorów, nasze z Carol konsultacje, telefony, prośby o diagnozę, o badania neurologiczne, i wciąż miałyśmy wrażenie, że „something is missing”, „something is wrong”, jak określała to Carol, że coś jest nie tak. Moje rozmowy z lekarzami, tłumaczenie dla Carol w ogromnym stresie językowym (kilka dni temu – nie wiem dlaczego – kupiłam słownik medyczny polsko-angielski i angielsko-polski): Całe to zamieszanie z lekarzami zajęło nam sześć godzin, by doprosić się o fachową pomoc. Carol była bardzo rozżalona, i słusznie. Mnie było bardzo przykro, bo czułam to samo co Carol i dopóki mi nie wyjaśniła, nie wiedziałam, skąd mój wstyd: „Agnieszka, lekarze amerykańscy wytłumaczyli mi kiedyś, że bardzo trudno leczyć człowieka znanego, bo lekarze walczą ze sobą, nawet (najczęściej) kosztem pacjenta. Poza tym to, co Czesławowi zagraża, udar mózgu, wylew, zapobiega się i leczy w Ameryce inaczej. Przede wszystkim reaguje się natychmiast. Tu się czeka, szczególnie jeśli pacjent jest stary. Tam pacjent stary jest wyzwaniem. Dożył dziewięćdziesięciu lat? Świetnie, my zrobimy tak, że dożyje stu dziesięciu”.

    Potem kolejny cytat:

    14 listopada 2000, wtorek. Odysei szpitalnej ciąg dalszy. Po konsultacji neurologicznej w klinice na Skawińskiej, odbytej około 9 rano, czekamy na wyniki długo na korytarzu (około dwóch godzin!?), w otwartym bufecie, jak na scenie. Czesław na wózku inwalidzkim. Tu też, na korytarzu w barze, lekarz, który badał CM, rozmawia z nami, to znaczy z Carol i CM, ja pomagam, kiedy trzeba. Widzę rosnącą wściekłość Carol. Ja, zmęczona, nie zauważam od razu, o co chodzi: czy naprawdę nie można przejść do jakiegoś gabinetu, tylko tu, przy wszystkich wchodzących i wychodzących, odwiedzających, czekających, jedzących? Nikt tego nie zaproponował, nikt nie poprosił. To także moja wina. Powinnam to zrobić. Prosto i kategorycznie. Teraz to wiem, kilka godzin po. Dlaczego wtedy nie? Dlaczego człowiek godzi się na takie przykre niedogodności? Czyżby przywykł? Niezależnie od systemu opieki zdrowotnej i kraju: pacjent, a więc poniżony. Będziesz pacjentem, przygotuj się na poniżenie.

    To dziwne, chciałabym powiedzieć, że pocieszające, że kontakt ze szpitalem i ludźmi, którzy tam pracują, ktoś odczuwa podobnie jak ja, ale nie mogę. Mogę natomiast, a nawet muszę – że jest to zasmucające, gdyż są te złe, przykre odczucia tak powszechne. Poza tym spójrzcie na datę zapisu Agnieszki Kosińskiej i opisywane przez nią miejsce – jest to rok 2000, moje szpitalne przygody pochodzą z obecnego roku, więc 16 lat później, tam Kraków, tu Opole – i co? I nic, nic się nie zmieniło, lekarz rozmawia ze mną na korytarzu, obok przechodzących pacjentów, pielęgniarek, odwiedzających, i odnoszę wrażenie, jakby przystępował z nogi na nogę, bo już chce iść, bo ma inne ważne zajęcia, a ja go zatrzymuję; inny w innym szpitalu każe pacjentowi pokazać brzuch, gdzie pooperacyjna rana, na ból której pacjent się uskarża, i to też w miejscu, gdzie ruch jak w Madrycie, obok windy, obok schodów… Jakoś przykro, prawda?

    Kiedy jest się w szpitalu, zwłaszcza kiedy jest się chorym, niesamodzielnym, potrzebującym pomocy, to stanowi się przeszkodę dla wszystkich szczebli szpitalnego personelu. Niższemu personelowi przeszkadza się w pracy, w sprzątaniu, średniemu personelowi, pielęgniarkom zaburza się i psuje organizację pracy, a wyższy personel też ma z pacjentem problemy, bo jeden z drugim a to nie poddaje się procedurom, a to czegoś nie rozumie, a to zadaje jakieś banalne, głupie pytania; personel wyższy często daje pacjentowi do zrozumienia, że jest wyższy, wyższy i mądrzejszy do pacjenta!

    W szpitalu najlepiej jest, kiedy jest się zdrowym, samodzielnym, samoobsługowym, kiedy nic nie boli, o wszystkim się pamięta, samemu się pójdzie, samemu zrobi, a jeszcze pomoże innym pacjentom, odciążając tym samym personel.

    Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Miła, opiekuńcza pielęgniarka czy lekarz, który rozmawia z pacjentem jak normalny człowiek z normalnym człowiekiem, zaprasza do gabinetu i odpowiada na pozornie głupie pytania, bo to, o co pyta chory dręczy go, zaś lekarz z racji swojego zawodu i pracy wie, co z tym zrobić, są raczej wyjątkami w ogólnej masie nieuprzejmości i braku szacunku.

    Tak więc żeby nie było, że wszystko jest źle, to muszę powiedzieć – co ważne, co podkreślam – że nie wszyscy są tacy niefajni, byłoby to niesprawiedliwe, gdybym tak napisała. Tych „fajnych” jest jednak bardzo niewielu, niestety. Poza tym, chcę zaznaczyć, że nie mówię też tutaj o kompetencjach i fachowości, nie. Bo pielęgniarka czy lekarz mogą być świetnym fachowcem, mądrym, doświadczonym, kompetentnym, tylko kiedy traktują mnie arogancko, nieuprzejmie, jak zło koniecznie, którego najlepiej byłoby się pozbyć, kiedy traktują mnie jak przedmiot, a nie jak podmiot swojej pracy i na każdym (albo co drugim) kroku dają mi do zrozumienia, że daleko mi do nich i się nie znam – to ja dziękuję za taką fachowość, która mnie poniża, w stres wpędza i uświadamia, że jestem nikim.

    Więcej narzekań nie będzie, no, chyba żeby coś się ciekawego przydarzyło… Jak kolejny fragment jakiejś książki, który pokaże wspólność przeżyć, podobność doświadczeń, które łączą, prawda?

     

    Cytaty pochodzą z książki Agnieszki Kosińskiej „Miłosz w Krakowie”, Wyd. Znak, Kraków 2015, ss. 161,163-164.

     

    Kartki świąteczne

     

    Już w ubiegłym tygodniu zaczęły przychodzić pierwsze kartki świąteczne, co uprzytomniło mi, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, że to już niedługo, że już – tuż, tuż. I że pora – najwyższa, najwyższa! – samemu wysyłać kartki świąteczne. Sięgam więc do pudełka z kartkami, kopertami, papierami listowymi, pocztówkami, widokówkami, naklejkami na koperty…

    Znajduję tam kartkę świąteczną, którą dostałam chyba w ubiegłym roku?, może dwa lata temu? od biura rachunkowego, księgowego o takiej ładnej nazwie „Skarbek”, z którym współpracowałam kilka lat temu. Ładna ta kartka, ciekawa, w jakiś sposób różniąca się od typowych firmowych kartek świątecznych; ma coś w sobie, coś magicznego i pogodnego jednocześnie. A te kolorowe „języki” w tle, zakończone gwiazdkami, kojarzą mi się z nadziejami i planami, które wznoszą się gdzieś daleko, wysoko w niebo, ku naszym marzeniom i ku spełnieniu.

    Tego sobie życzymy, spełnienia marzeń – tego życzę sobie, tego życzę Wam!

     

     

    Ps. Nie zwracajcie, proszę, uwagi na zgięcie w połowie kartki;to biga, maszynowo zrobione wgłębienie w miejscu, gdzie papier ma się zgiąć, bo kartka jest po prostu składana, więc po rozłożeniu musiał pozostać ślad po tej bidze. Ale ten ślad nie odbiera kartce jej swoistego uroku, mam nadzieję.

     

    Grudniowy poranek

    0

     

    Lubimy oktostychy? Lubicie oktostychy? A zatem dzisiaj oktostych grudniowy!

     
    Grudniowy poranek
     
     
    Na parkingu dzisiaj same białe samochody.
    Nocą skrzący lakier mróz im zrobił z kropel wody.
     
    I na bladym nieboskłonie księżyc całkiem biały
    konkuruje z promieniami, co o świcie wstały.
     
    Bezruch.  W sztywnych trawach w szadzi  brak żuczków, robaczków.
    Tylko ślad łap kreśli piesek w czerwonym kubraczku.
     
    Wkrótce zdejmie dzień ze świata z mgły i szronu chmurę.
    Wszystko będzie tak jak zwykle barwno-szaro-bure.
     
     
     

     

    Niebo w kolorze kałużowym… Piękne określenie o jesiennym, listopadowym niebie, prawda!? Które wcale nie musi być, więc też rzadko jest, takie niebowe, czyli niebiesko-białe, od nieba niebieściutkie i od chmur białe-białawe-bielutkie.

    Niestety, to nie ja wymyśliłam tę piękną metaforę. Znajduje się ona w wierszu Bartosza Suwińskiego, w tomiku zatytułowanym „Bliki”.  Ale najciekawsze jest też to, że nawet sam autor wiersza nie wymyślił tej metafory! Jak opowiadał na swoim spotkaniu autorskim, promującym tomik, określenie to padło podczas rozmowy poety z jakąś dziewczynką, chyba kilkuletnią, nie pamiętam już, chyba z sąsiedztwa, podczas jakiegoś spaceru, czy jakiejś zabawy, i to ta dziewczynka powiedziała, że to szaro-bure niebo jest takie kałużowe. Autor mówi, że bardzo mu się spodobało to określenie. Rzeczywiście, jest cudne; ach, ta dziecięca wyobraźnia… No i rzecz jasna – grzechem byłoby nie wykorzystać „kałużowego nieba” w wierszu. To teraz pozwalam sobie przytoczyć fragmenty, a może „drugie strony, strzępy”…

    Bartosz Suwiński

    Drugie strony, strzępy

    *
    Ten szary zgubił się, zapomniał.
    Puste ławki, osowiały park,
    pohukiwania ptaka.

    O brzeg bukowego liścia liść.

    *
    Niebo ma dziś kolor kałużowy.
    Dzwon na wsi bije na gorzkie żale.
    Bardziej w las, dalej stąd.

    Zawijasy dymu potargane wiatrem.
    Coraz płytszy oddech, zgrzyt.
    Na krótko rozgrzebana ziemia.

    *
    Cisza ociera się o świst
    naderwanej gałęzi.

    Równo pocięte na ogień,
    nim przyjdzie noc.

    W listopadzie niebo często jest szare, smutne, chmurne, markotne, posępne, zszarzałe, szarawe, posępne, monotonne, przyszarzałe, wyszarzałe, szarobure, a nawet …marengo!

    I choć teraz już mamy grudzień (znowu rok się kończy, ratunku!!!), to chcę jeszcze wrócić do nieba listopadowego, bo gdzieś w połowie tego miesiąca „przyłapałam” je na swoistej zabawie. Takiej niemalże w kolorze …marengo! Otóż najpierw pociemniało, patrzę, a tam za oknem dziwna chmura się pojawiła, pełna przesuwających się smug, po chwili spadł drobny – na szczęście – grad, taki dosłownie 20-, 30-sekundowy i nagle, właściwie w tym momencie, w jednej chwili, w miejscu, gdzie wisiało to wielkie ciemne chmurzysko, wyłoniło się piękne „niebowe” niebo! To wszystko w ciągu kilku małych minut. Niebywałe widowisko. Jednym słowem „wielki spektakl na niebie”!

     

    Tak, tak, jesienny spacer, ostatnie promienie słońca, ostatnie kolory na liściach. Coraz więcej jednak drzew bez liści, coraz częściej niebo szarawe, a powietrze – nie z powietrza, tylko z mgły… Tak jak dzisiaj, zwłaszcza rano, kiedy nie było widać budynków po drugiej stronie ulicy.

    Ale jeszcze niedawno chodziłam sobie, przechadzałam się nieśpiesznie, spacerowałam, zadzierałam głowę wysoko, wysoko, żeby zobaczyć skąd pospadały te szeleszczące pod nogami jesienne liście i patrzyłam na gałęzie, za którymi widać było jesienne niebo, które czasem bardzo jeszcze było podobne do pogodnego, letniego, sierpniowego. A potem przystawałam i tym gałęziom i temu niebu robiłam zdjęcie. Czułam się jak kropka, zawieruszona gdzieś na Ziemi, nad którą rozpostarły się wielkie drzewa z ich wieloletnimi tajemnicami, nad którymi z kolei zawisł jeszcze dalszy, większy i bardziej tajemniczy firmament niebieski. To był bardzo przyjemny spacer, do którego wracam jeszcze raz i zapraszam w tę podróż razem ze mną…

    A na koniec jeszcze przypomnienie o „Damie”, czyli o jesiennych karminach na drzewach.

    …i oto ona: Pani Jesień w swoich najpiękniejszych kolorach

     

     


    • RSS